JAN PAWE£ II:

Ka¿dy musi byæ przygotowany

do tego, ¿e stanie

przed Panem i Sêdzi±.


Rozwi

GAWÊDA
GAWÊDA O SZKOLE, HARCERSTWIE I INNYCH RADO¦CIACH

70 lat ma moja jaworska szko³a ¶rednia! Sporo, ale i tak jest m³odsza ode mnie. Wszystko jednak, co siê dzia³o w moim ¿yciu, w wiêkszo¶ci zaczê³o siê w³a¶nie w Liceum Ogólnokszta³c±cym - pó¼niej: im. Ksiêcia Bolka I - w Jaworze. Przyszed³em tu jako 14-letni ch³opak. W³a¶ciwie to przyjecha³em kolej± pañstwow±, kursuj±c± ciemnozielonymi, brudnymi, wielodrzwiowymi wagonami, z d³ugimi drewnianymi schodami na zewn±trz, na trasie Marciszów – Jawor – Legnica. Wsiad³em na schludnej, dwuperonowej stacyjce z wielkim napisem BORÓW. Przyjecha³em ze wsi, w której Polacy od prawie dziesiêciu lat zarabiali na chleb wydzieraj±c z ³ona ziemi potê¿ne bloki granitu. Ta wie¶ w niczym nie przypomina³a ziemiañskich gospodarstw i pól wo³yñskich odebranych Polsce przez szaleñstwo wojenne. Na Dolnym ¦l±sku by³o zupe³nie inaczej. Trzeba by³o siê przyzwyczajaæ do inno¶ci, mieszkaæ w murowanych domach, zasiadaæ do posi³ków przy niemieckich sto³ach, spaæ w cudzych ³ó¿kach. Nie³atwo by³o uciszyæ têsknotê w sercu za w³asn±, ¶wiêt± ojcowizn±, za polami z³otymi, za zielonymi ³±kami i rzek± kryszta³ow±, pe³n± b³yskaj±cych w s³oñcu ryb, za dalekim borem ciemnym i tajemniczym. Do ko¶cio³a, niestety, by³o daleko. Ale i tutaj w niedzielê, czy w tygodniu na katechezê przed I Komuni± ¶w. biega³o siê cztery kilometry. A ko¶ció³ parafialny w Roztoce by³ ciemny i smutny, w stylu neoromañskim i z du¿ymi balkonami wewn±trz. Osta³ siê po protestantach niemieckich, gdy obok katolick± ¶wi±tyniê zniszczy³o mordercze bombardowanie. Wprawdzie pali³a siê tu nowa wieczna lampka, ale Cia³o Pañskie po raz pierwszy, przy braku balasek, przyjmowa³em na kolanach pochylaj±c siê nad bia³ym obrusem podtrzymywanym przez ministrantów. Czasami zastanawia³em siê, jak tu przede mn± modlili siê Niemcy. O wiele pó¼niej zacz±³em sobie u¶wiadamiaæ, ¿e i oni zostali przepêdzeni ze swoich domów. Có¿, zgotowali sobie ten los wysy³aj±c swych uzbrojonych synów na podbój nieznanego ¶wiata, na wschód przez nasz± Ojczyznê - tak my¶la³em jeszcze przed matur±. Do dzi¶ nie pojmujê tej antylogiki powojennej, ¿e i my musieli¶my prze¿yæ dramat wielkiego exodusu w bydlêcych wagonach ze wschodu na zachód.
Do Liceum w Jaworze przyby³em w rok po wielkim p³aczu marcowym w szko³ach (p³akali g³ównie nauczyciele), gdy s³oñce ludzko¶ci, generalissimus Józef Wissarionowicz Stalin opu¶ci³ padó³ ziemski. To by³ czas! Wszystkie szko³y w Polsce by³y przez lata stygmatyzowane portretami trzech wielkich patriotów: Bieruta, Cyrankiewicza i… Rokossowskiego. Inni, zupe³nie inaczej rozumiej±cy woln± Polskê, byli ¶cigani po lasach, torturowani w wielkich miastach, w kazamatach ubeckich czekali na swoj± kulkê w potylicê. Ogromna liczba Polaków wyrokiem pañstwa ludowego skazana by³a na zniszczenie fizyczne i kompletne zapomnienie. Le¿eli martwi zawi±zani w workach, przykryci darni± i gêstymi krzakami w bezimiennych do³ach. Polska po 1945 roku cierpia³a ciê¿kie zniewolenie sowieckie i pokryta by³a gêst± siatk± donosicieli i tajnych agentów. ¯elazna kurtyna szczelnie oddziela³a ¶wiat zachodni od czerwonego imperium. Mój ojciec, chc±c wys³uchaæ na swoim trzeszcz±cym pionierku wiadomo¶ci z Wolnej Europy, musia³ lokowaæ siê z dala od okien, pod którymi wieczorn± por± b³±ka³y siê wielkie judaszowskie uszy. W podrêcznikach szkolnych nie by³o miejsca ani dla obrony Anglii przez polskich lotników, ani o walkach pod Monte Cassino. Nikt nie uczy³ o cmentarzach ¿o³nierzy polskich na zachodzie Europy, ani gdzie zosta³ pochowany bohaterski genera³ Anders. Kompletna cisza - niewiedza okrywa³a ¿ycie i kulturê polskiej emigracji. A tam ¿yli nasi rodacy z wielk± têsknot± i bolesn± ran± z powodu niemo¿no¶ci powrotu do wolnej Ojczyzny. Kto wróci³, znika³ z publicznego ¿ycia, czêsto podobnie jak ujawnieni ¿o³nierze Armii Krajowej, chyba ¿e poszed³ na wspó³pracê z aparatem komunistycznego ucisku. Katolicy polscy choæ odnajdywali nadziejê i uczyli siê cierpliwo¶ci w ¶wietle Ewangelii g³oszonej przez Ko¶ció³, z trudno¶ci± prze¿ywali powszechne prze¶ladowania za wierno¶æ swoim najwy¿szym warto¶ciom. Za nieprawomy¶lno¶æ socjalistyczn± relegowano ich ze stanowisk publicznych, pomijano w systemie nagród i uznañ, zwalniano z pracy nawet z listem wilczym w³±cznie. Pracownicy urzêdowi, od najni¿szego stanowiska po najwy¿sze, musieli nale¿eæ do partii. Nie wolno im by³o chodziæ do ko¶cio³a, zawieraæ ma³¿eñstwa ko¶cielnego, chrzciæ dzieci, a nawet posy³aæ na lekcje religii w parafiach. Ksiê¿a byli nachodzeni przez tajniaków ubeckich, nêkani przes³uchaniami i utrudnieniami w pracy duszpasterskiej z m³odzie¿±. W³adza organizowa³a procesy pokazowe z wysokimi wyrokami. Oskar¿ani na podstawie fa³szywych, wymy¶lonych dowodów kap³ani i biskupi byli torturowani i skazywani na wieloletnie pozbawienie wolno¶ci, a nawet na ¶mieræ. Pamiêtam ból w mej duszy, jaki powodowa³y wie¶ci o skazaniu na ¶mieræ ksiê¿y kurii katowickiej, o torturowaniu ksiêdza biskupa Kaczmarka z Kielc, czy te¿ uwiêzieniu Prymasa Polski kardyna³a Stefana Wyszyñskiego. Siostry zakonne ze wszystkich klasztorów zgonione, umieszczone by³y w wielkim obozie pracy, gdzie nêkane wyczerpuj±cymi normami dziennego zatrudnienia tragicznie gas³y. Ma³e seminaria duchowne by³y likwidowane, a wy¿sze zosta³y objête milicyjn± kontrol± i naszpikowane tajnymi, p³atnymi donosicielami. Nad tym morzem bezprawia unosi³a siê propaganda k³amstwa wmawiaj±ca Polakom, ¿e rozwijaæ siê mog± szczê¶liwie tylko w objêciach wielkiego czerwonego brata. K³amstwo ws±cza³o siê w ¶wiadomo¶æ wszelkimi kana³ami w fabrykach, urzêdach, uczelniach i szko³ach. Pamiêtam socjalistyczne ko³cho¼niki wisz±ce na s³upach ulicznych.
W Liceum jaworskim sytuacja nie ró¿ni³a siê wiele od innych szkó³ ¶rednich. Wszêdzie musia³a dzia³aæ komórka partyjna z pierwszym sekretarzem, czyli jawnym donosicielem do powiatu partyjnego. On decydowa³ o losach uczniów i nauczycieli. W naszym Liceum istnia³ wszechogarniaj±cy Zwi±zek M³odzie¿y Polskiej, starsza córa PZPR-u. Rz±dzi³ nim jeden partyjniak z powiatówki, który w sferze decyzyjnej sta³ ponad dyrektorem szko³y. Gdy przychodzi³ do szko³y i zarz±dza³ szkolenie zetempowskie na d³ugiej przerwie, pan dyrektor pochyla³ g³owê i zaprasza³ obowi±zkowo grono nauczycielskie ze swoimi klasami do auli. Zebrania trwa³y przez wiele godzin. Ja by³em wyrzutkiem spo³ecznym. Odmówi³em wst±pienia do ZMP i w czasie takich zebrañ spokojnie odrabia³em zadania domowe, albo przy s³onecznej pogodzie szed³em do parku. Istnia³a te¿ w naszej szkole m³odsza córa partii – Organizacja Harcerska dla dzieci z podstawówki. OH by³a nudna, nie poci±ga³a i nie podnosi³a serc najm³odszych uczniów. Podobnie jak ZMP s³u¿y³a specjalistycznemu praniu mózgów.
Potrzebna by³a koniecznie uzdrawiaj±ca alternatywa. Opatrzno¶æ ma na wszystko sposób. W po³owie lat 50-tych objawi³ siê w Liceum nowy talent pedagogiczno-wychowawczy, m³ody nauczyciel Mirek ¦liwiñski. Jemu uda³o siê z ch³opaków ró¿nych klas licealnych utworzyæ dru¿ynê harcersk±, tak± z prawdziwego zdarzenia, nie tubê ideologiczn±. To by³a doskona³a alternatywa dla ZMP. Dru¿ynowy siêgn±³ do tradycji przedwojennych w wolnej Polsce. Najpierw powsta³a harcówka, punkt spotkañ i centrum dowodzenia. Urz±dzali¶my j± wed³ug ch³opiêcych upodobañ; by³a nawet atrapa kominka z patykami ustawionymi w stos, pod którym jarzy³a siê czerwona ¿arówka, a maleñki wiatraczek popêdza³ w górê w±skie, p³omienisto-kolorowe paski papieru. Lubili¶my gawêdy przy kominku i ¶piewali¶my dawne piosenki patriotyczne. Fascynowali¶my siê tradycjami skautingu, zw³aszcza tymi przejêtymi przez polskie harcerstwo, przeczytali¶my wspólnie "Kamienie na szaniec" Al. Kamiñskiego. Jednak najbardziej co wi±za³o nas z harcerstwem i ze sob± w zastêpach, to by³y spotkania i zajêcia w terenie. Harcerstwo uczy³o nas uwa¿nego i odkrywczego chodzenia ulicami miasta, zauwa¿ania ukrytych znaków przesz³o¶ci w architekturze, zainteresowania tym, co siê dzieje w naturze: kolory li¶ci na drzewach, ¶piew ptaków w¶ród ga³êzi, a tak¿e zainteresowania lud¼mi i nawi±zywanie z nimi kontaktów. To niesamowite, jak otwarte oczy poszerza³y nasze serca, otwiera³y skarbce wspó³czucia, zaprawia³y do odwa¿nej i szybkiej reakcji w niespodzianej sytuacji. Kilka razy wybiegali¶my z murów miasta w zielono¶æ ³±k, b³êkit nieba i w mroczno¶æ zbli¿aj±cego siê i rosn±cego w oczach lasu. Lubili¶my tego rodzaju biegi "na azymut" z map± i kompasem w rêku. Najwiêcej prze¿yæ dawa³y biwaki. Pamiêtam dobrze jeden dwudniowy u podnó¿a ruin zamku ¦winy niedaleko Bolkowa. Budowanie obozowiska, spanie pod namiotami, warta nocna, przygotowywanie posi³ków na ognisku, zwijanie obozu i zacieranie ¶ladów swego pobytu, to nie tylko zdobywanie stopni i sprawno¶ci harcerskich, ale nade wszystko wielka radocha robienia wspólnie czego¶ nowego i poznawanie przy tym siebie wzajemnie. Poznawali¶my te¿ swoje ukryte wady i s³abo¶ci. By³em wtedy przybocznym i do¶wiadczy³em mocno, jak trudne bywa trzymanie nerwów na postronku i co znaczy jeden u¶miech, by roz³adowaæ napiêt±, z³± sytuacjê. Takie harcerstwo by³o nam potrzebne, rozwija³o nas i fizycznie, i duchowo. Mieli¶my tak¿e pod opiek± Zuchów, dzieci z klas podstawowych.
Nasza Dru¿yna postanowi³a obraæ imiê Bohaterów spod Monte Cassino - po prostu dlatego, ¿e Polska Ludowa zapomnia³a o ¿o³nierzach, którzy na frontach zachodnich walczyli o "wolno¶æ nasz± i wasz±". Piosenka "Czerwone maki na Monte Cassino" sta³a siê hymnem naszej Dru¿yny, a to dlatego, ¿e piêknie opowiada³a trudn± drogê Polaków do wolnej Ojczyzny oraz dlatego, ¿e dotychczas w Kraju by³a zakazana. Wolno¶ci jeszcze nie by³o. Wiadomo, wszelkie zakazy wyzwalaj± przewrotne dzia³ania m³odych. Nasza przewrotno¶æ mia³a namaszczenie ze wszech miar patriotyczne. Nie zapomnê wieczoru 18 maja 1957 roku, gdy do naszej izby harcerskiej zawita³, zaproszony przez druha ¦liwiñskiego, ¿o³nierz genera³a Andersa, uczestnik walk o wzgórze Monte Cassino, pan Bernard Ulanicki. To by³a 13. rocznica zwyciêstwa i bohaterstwa polskiej armii we W³oszech. Tak¿e, niestety, 13 lat milczenia o tym nad Odr± i Wis³±. Podczas gawêdy siedzieli¶my wokó³ go¶cia niczym zaklêci. Opowiada³, jak bia³o-czerwony sztandar wspina³ siê, pada³ i znów d¼wigniêty rêk± ¿o³nierza szed³ ku szczytowi, by wreszcie zwyciêsko za³opotaæ na ruinie klasztoru benedyktyñskiego.
Po tym wieczorze u¶wiadomili¶my sobie, ¿e nasza Dru¿yna nie ma sztandaru. W zastêpach by³y ju¿ proporce, ale sztandaru jeszcze nie mieli¶my. Sztandar to wa¿na rzecz, musi byæ piêkny, haftowany czy wyszywany. Musi nas identyfikowaæ w spo³eczno¶ci szko³y czy miasta. Gryz³a nas ta sprawa, bo pieniêdzy ¿adnych nie by³o. S³uchajcie, druhowie, a gdyby tak sztandar namalowaæ? -zapyta³ kto¶ przy kominku. Odpowiedzi± najpierw by³ ¶miech, ale po chwili kto¶ nie¶mia³o zauwa¿y³, ¿e mama m³odszej kole¿anki Emilki jest artystk± malark±. Tak siê zaczê³a toczyæ z górki sprawa sztandaru namalowanego. Pani Kunawiczowa, artystka, by³a przeszczê¶liwa, ¿e mo¿e przy³o¿yæ rêkê do rado¶ci i chwa³y nowego harcerstwa w Jaworze. Wziê³a na siebie wszystkie koszty. Problem by³ tylko z wizerunkiem sztandaru, jak ma wygl±daæ? Pani malarka podpowiedzia³a nam z moc±: z jednaj strony na pewno powinny byæ czerwone maki! A z drugiej, dopowiedzieli¶my: powinien byæ Krzy¿ Harcerski z lilijk±, li¶æmi dêbowymi i laurowymi, i s³owem CZUWAJ; jak przed rokiem 1945. A jakie t³o? - Niebieskie, jak nasze chusty harcerskie. Kolor chust od pocz±tku by³ protestem przeciwko czerwieni zetempowskiej. Ostatnim problemem by³a data pokazania sztandaru, chcieli¶my "objawiæ siê" miastu. Rozstrzygn±³ to ks. proboszcz od ¶w. Marcina, zapraszaj±c Dru¿ynê do procesji Bo¿ego Cia³a ulicami Jawora. Zachêci³: ca³e miasto was zauwa¿y! I tak siê sta³o. W przeddzieñ Uroczysto¶ci pani Artystka z³o¿y³a gotowy sztandar na nasze rêce. By³ jeszcze nieco mokry, pachnia³ farbami, przez ca³± noc suszyli¶my go w internacie. Procesja by³a wspania³a, t³umy sz³y ulicami za Jezusem w Monstrancji. Wielu ludzi obserwowa³o ludne ulice zza firanki w oknie, inni pstrykali zdjêcia. Po wielu latach podrzucono mi fotografiê, na której niosê dumnie sztandar harcerski. Kto mi to przys³a³? Przyjaciel czy ubek? To okaza³o siê znacz±cym pytaniem, bo gdy po maturze wst±pi³em do Wy¿szego Seminarium Duchownego we Wroc³awiu, po trzech miesi±cach na feriach bo¿onarodzeniowych u rodziców odwiedzi³ mnie pewien smutny pan w szarym, gabardynowym p³aszczu i opowiedzia³ mi... ca³± moj± historiê czterech lat nauki w jaworskim LO. Po co? - Aby zaproponowaæ darmowe studia. - Ale¿ ja ju¿ studiujê, wykrzykn±³em zdenerwowany. - Wiem, ale my chcemy, ¿eby¶ opu¶ci³ seminarium. Kiedy zrobi³em wielkie oczy, on doda³ z u¶miechem: ja te¿ by³em w seminarium, prawie dwa lata... Pó¼niej na studiach dowiedzia³em siê o metodzie p³atnych kapusiów ubeckich posy³anych do seminariów duchownych w Polsce. Zwykle na pierwszym lub na pocz±tku drugiego roku byli dekonspirowani i musieli opu¶ciæ mury naszej uczelni.
Dru¿ynowy ¦liwiñski nie by³ na procesji Bo¿ego Cia³a, a mimo to od tamtego wydarzenia zaczê³y siê szykany... Od plotek puszczanych miêdzy lud¼mi w szkole dosz³o do oficjalnego wyra¿enia niezadowolenia Hufca z pracy harcerskiej Dru¿ynowego i oskar¿enia o rozbijack± robotê. W obronie ciê¿ko skrzywdzonego Druha Mirka stan±³ ówczesny wicedyrektor Liceum, prof. Adam Ko¶ciukiewicz. Przedstawi³ partyjniakom powiatowym, ¿e by³o wprost odwrotnie. To w³a¶nie nasz Dru¿ynowy umiejêtnie, pedagogicznie integrowa³ m³ode ¶rodowisko i je skutecznie wychowywa³. Niestety, w Hufcu nie by³o odwil¿y popa¼dziernikowej, co najwy¿ej przemalowanie z czerwonego na zielony kolor. Oczywi¶cie, przy odsuniêciu Miros³awa ¦liwiñskiego od harcerstwa zastrzegano siê g³o¶no, ¿e to na pewno nie z powodu obecno¶ci jego Dru¿yny na procesji Bo¿ego Cia³a. K³amstwo nie umar³o! Wcze¶niej i pó¼niej nie opuszcza³o warg komuszych, by³o legalnym narzêdziem sprawowania w³adzy w PRL-u.
O szkole, o jej piêknie i ¿yciowej wa¿no¶ci stanowi± przede wszystkim ludzie: nauczyciele i uczniowie. O nauczycielach nie chcê siê rozpisywaæ; wiadomo, ¿e ka¿dy z nich ¿y³ pod prêgierzem w³adzy i propagandy komunistycznej. Dodam tylko, ¿e uczniowie do¶æ dobrze orientowali siê, kto po której stronie stoi. Byli nauczyciele, którzy chcieli nie tylko realizowaæ program w klasie, ale z bogactwa swego wnêtrza usi³owali przemycaæ niezbite, odwieczne warto¶ci duchowe, tak¿e patriotyczne. Pamiêtam lekcje z geografii z prof. Kêdr±, æwiczenia z chemii i fizyki z prof. Kurbielem, pó¼niej z prof. Wi¶niewskim, matematyki z prof. Gutkiewiczem, francuskiego z prof. Jakimowiczem. Na boisku rz±dzi³ prof. Olichwer, m³ody, wysoki, wysportowany kawaler, który szybko zmieni³ swój stan cywilny. By³a te¿ przez kilka miesiêcy na zastêpstwie wspania³a polonistka. Niestety, nie pamiêtam jej nazwiska. ¦wietlistym zjawiskiem efemerycznym przemknê³a przez moje ¿ycie. Bardzo lubi³em lekcje, a szczególnie rozmowy z ni± na d³ugiej przerwie. ¯yczliwie zechcia³a przeczytaæ moje zielone juwenilia rymowane. By³a ostrym krytykiem, na ca³e lata zarzuci³em pisanie wierszy.
Obok "cia³a pedagogicznego" szko³a to przede wszystkim kole¿anki i koledzy. I muszê wyznaæ, ¿e by³em przywi±zany do mojego Liceum. Tu siê rodzi³y pierwsze sympatie i wiêzi przyjacielskie, zawi±zywa³y siê mniejsze lub wiêksze "paczki" kole¿eñskie. Tu w¶ród radosnych m³odych uczy³em siê ¿ycia wspólnotowego. Tutaj rodzi³o siê i umacnia³o poczucie odpowiedzialno¶ci z innymi i za innych. W pierwszym okresie do szko³y przyje¿d¿a³em poci±giem wczesnym rankiem, ale nie narzeka³em. Wspólny czas w poci±gu, czy w drodze ze stacji do szko³y dawa³ szansê na ciekawe spotkania i rozmowy. Doje¿d¿a³y przecie¿ osoby w ró¿nym wieku, z ró¿nych klas dziewczêta i ch³opcy. Dlatego cieszy³em siê, gdy bez ¿adnego umawiania grupa skrêca³a po drodze do ko¶cio³a na ranny pacierz. Ka¿dy z nas wióz³ w duszy jaki¶ w³asny baga¿ domowy, st±d te¿ ciekawe by³y dyskusje i wzruszaj±ce wyznania, czasami komu¶ wiele daj±ce. W klasie dziewi±tej i dziesi±tej mieszka³em w internacie, najpierw w wielkim czerwonym budynku, a potem w ma³ej wilii otoczonej niewielk± zieleni± drzew. To stwarza³o lepsze warunki do powstawania bli¿szych znajomo¶ci czy przyja¼ni. By³ czas na wieczorne spacery, wypady do kina, czy kole¿eñskie odwiedziny imieninowe. Wielki budynek internatu by³ podzielony na dwie czê¶ci: dla dziewcz±t i dla ch³opców. Dziewczêta mia³y swoj± wychowawczyniê, a ch³opcy wychowawcê. Byli¶my pod nieustaj±c± opiek±, gdy¿ wychowawcy mieszkali razem z nami. Wspólny czas m³odzieñczych spotkañ by³ ¶ci¶le limitowany tak co do dni, jak i co do godzin. Od dwudziestej drugiej musia³a panowaæ cisza nocna. Czasami zdarza³o siê, ¿e wychowawczyni wpada³a do pokoju dziewcz±t w poszukiwaniu ch³opaka w szafie, a czasami, gdy pani profesor czu³a siê niezdrowa, siedzieli¶my bezpiecznie przy herbatce. K³opot by³ wtedy, gdy pani wychowawczyni zamknê³a drzwi wej¶ciowe na wielki, niepowtarzalny klucz. Wtedy trzeba by³o ewakuowaæ siê przez okienko w piwnicy, co z kolei grozi³o spotkaniem z panem wychowawc± pó¼no wracaj±cym z miasta. Raz jeden prze¿y³em tak± grozê. D³ugo pamiêta³em ostre ¶wiat³o latarki rzucone mi w oczy. Sparali¿owany strachem utkn±³em w ramie okienka i czeka³em, i dr¿a³em. Us³ysza³em s³owa zaskoczonego pana profesora: Mirek?! Wy³a¼ natychmiast i marsz spaæ! Nie musia³ powtarzaæ. Starsi ch³opcy mieli swój sposób na szybki kontakt z dziewczynami. W ¶cianie dziel±cej obie czê¶ci budynku by³a wywiercona dziura wielko¶ci jednego oka. Pokój z „telefonem zakochanych” by³ strze¿ony tajemnic± i okupowany przez jedenastoklasistów.
Czas w dziesi±tej klasie by³ dla mnie bardzo dynamiczny i twórczy. W kraju s±czy³o siê ciê¿kie ¿ycie, ros³y ceny i braki w sklepach. By³o smutno. Tylko niezmordowana propaganda komunistyczna tworzy³a bohaterski mit szczê¶cia u boku ZSRR. Rós³ niepokój spo³eczny. W ko¶cio³ach Naród siê modli³ o uwolnienie ks. Prymasa Stefana Wyszyñskiego. Odnowienie ¶lubów króla Jana Kazimierza na Jasnej Górze odby³o siê bez obecno¶ci Prymasa. Podczas Eucharystii na Szczycie sta³ pusty fotel z portretem Jego Eminencji i bia³o-czerwonymi kwiatami. Widzia³em to na w³asne oczy 26 sierpnia 1956 roku. Mia³em 16 lat i po raz pierwszy stan±³em pod wa³ami Jasnej Góry po¶ród milionowej rzeszy pielgrzymów z ca³ego kraju. Mama, b³ogos³awi±c mnie na drogê p±tnicz±, szepnê³a do ucha: módl siê tam gor±co, bo Pani Jasnogórska zawsze wys³uchuje prosz±cych po raz pierwszy. Wtedy - pamiêtam doskonale - w cudownej kaplicy wpatrzony w oblicze Królowej Polski, modli³em siê o powo³anie kap³añskie i o woln± Polskê. Obie pro¶by zosta³y spe³nione, choæ nie jednocze¶nie. Ju¿ jako kap³an i kaznodzieja d³ugo jeszcze czeka³em razem z Narodem (nie bezczynnie) na pierwsze promienie wolno¶ci i suwerenno¶ci. Polacy bardzo bole¶nie prze¿ywali barbarzyñskie st³umienie czerwcowego buntu poznañskich robotników w 56 roku. Politycy w Moskwie i w Warszawie wyrazili gniewne zdziwienie: jak mo¿na nie szanowaæ przyja¼ni i opieki wielkiego brata? Jak mo¿na stawiaæ mu ¿±dania? Zdziwili siê i... wys³ali wojsko przeciw robotnikom i studentom. Rozkazali strzelaæ. Mój starszy przyjaciel studiowa³ wtedy w Poznaniu, wiele zdrowia straci³ w starciu z wojskiem i milicj± uzbrojon± po zêby. Wie¶ci mia³em wiêc aktualne, by³em wszystkiego bardzo ciekaw. Poznañski czerwiec, z czterdziestoma o¶mioma ¶miertelnymi ofiarami, zaowocowa³ dopiero w pa¼dzierniku ustêpstwami re¿imu wobec Polaków. Pamiêtam w kinach kronikê filmow± pokazuj±c± ogromny wiec w Warszawie z przemawiaj±cym nowym szefem PZPR-u, Gomu³k±. Wtedy Polacy z nadziej± rozmawiali o odwil¿y i zmianie kierunku wiatru politycznego. W dwa dni po wiecu, 26 pa¼dziernika 1956 roku wróci³ do Warszawy uwolniony Prymas Polski. Mówi³o siê tak¿e o zwolnieniu z wiêzieñ pó³tora tysi±ca wiê¼niów politycznych. Mój ojciec u¶miecha³ siê szczê¶liwy, gdy móg³ s³uchaæ radia Wolna Europa ju¿ bez zag³uszania. Religii mogli¶my uczyæ siê nie w ciemnej salce na ty³ach ko¶cio³a ¶w. Marcina, ale normalnie w naszej klasie. Lubili¶my te lekcje i dbali¶my twardo, by to by³y spotkania, na których ka¿dy z nas móg³ podrzuciæ ksiêdzu swój problem. Katecheta potrafi³ wydobyæ z nas i zaanga¿owaæ nasze ró¿ne talenty. Doprowadzi³ wreszcie do tego, ¿e byli¶my zdolni w Wielkim Po¶cie daæ jaworzanom w ko¶ciele piêkne s³owno-muzyczne misterium o Mêce Pañskiej: "Stabat Mater dolorosa". W grudniu 56-go urz±dzili¶my dla dzieci z klas podstawowych spotkanie ze ¶w. Miko³ajem. Wiadomo, stalinizm zaciera³ wszelkie ¶lady obecno¶ci Boga w rodzinach i w szkole. W naszym Liceum Ogólnokszta³c±cym równie¿ od kilku lat, zamiast ¶wiêtego Biskupa rozdaj±cego prezenty, pojawia³ siê Dziad Mróz w czerwonej czapce z pomponem. By³em przewodnicz±cym uczniowskiego zarz±du; powsta³ w mej g³owie pomys³, ¿eby na oczach dzieci i rodziców przegoniæ Dziada, a wprowadziæ uroczy¶cie ¶w. Miko³aja w szatach biskupich i z piêknym pastora³em. Kombinowania ze zdobyciem szat by³o niema³o, ale rado¶æ dzieci wspólnie z anio³kami wypychaj±cych z auli czerwonego fa³szywca, nagradza³a wszystkie trudy i zmêczenie.
Odwil¿ pa¼dziernikowa '56-go dociera³a powoli do Polski powiatowej. W Jaworze pierwsze jej skowronki by³y widoczne wiosn± nastêpnego roku. Gdy dowiedzieli¶my siê o obradach powiatowej PZPR, podczas których decydowano o naszym losie po odwil¿y, rzucili¶my has³o po klasach: idziemy na obrady! Pos³ali¶my te¿ wici do ch³opaków z technikum kamieniarskiego, obiecali przyj¶æ t³umnie. Ca³± noc w ma³ym internacie z kolegami kleili¶my wielki transparent bia³ymi literami na czerwonym tle: "NIC O NAS BEZ NAS!". Ruszyli¶my spod szko³y na d³ugiej przerwie. Ca³± atmosferê mo¿na by³o okre¶liæ dwoma s³owami: rado¶æ i duma. Szli m³odzi z dziesi±tej i dziewi±tej klasy, z ósmej do³±czyli tylko najodwa¿niejsi. A ci z jedenastej wydêli na nas wargi; no có¿, mieli zbyt wiele do stracenia. Popatrzy³em z ulicy wstecznie w stronê gabinetu dyrektorskiego, okno by³o zaludnione i... bez entuzjazmu. Pod gmachem obrad chwilê czekali¶my na "kamieniarzy". Nie przyszli. Ponoæ ichni pan dyrektor zamkn±³ szko³ê na klucz. Weszli¶my na salê uroczy¶cie z rozwiniêtym transparentem. W pierwszej chwili powita³y nas brawa. Stali¶my bez s³owa. Na sali zaskoczenie totalne przez d³u¿sz± chwilê. Wreszcie kto¶ od trybuny wrzasn±³: kto im pozwoli³?! No i zacz±³ siê ruch w obie strony. Pojawili siê nie wiadomo sk±d rodzice niektórych uczniów, nawo³ywania i b³agania: wyjd¼cie! Wyszli¶my, ale transparent zostawili¶my. Nazajutrz nasz pan dyrektor musia³ w szkole zrobiæ karn± aferê, ale obszed³ siê z nami do¶æ ³agodnie. Ja straci³em tylko nowe portki. Planowa³em je kupiæ za stypendium, którego nie otrzyma³em.
Po wakacjach zacz±³ siê nowy rok szkolny 1957/58; mia³ nas doprowadziæ do matury. Na szczê¶cie wychowawc± naszym by³ profesor Adam Ko¶ciukiewicz. To niepodwa¿alny autorytet naszego LO. By³ nie tylko prostolinijny i odwa¿ny; mia³ umys³owo¶æ twórcz±, ¿y³ tym, w co wierzy³ i co my¶la³. Pamiêtam, jak spotkali¶my pana Profesora przed szko³±, sta³ ¿ywo gestykuluj±c d³oñmi i mówi³ do siebie. U stóp le¿a³a otwarta jego sfatygowana teczka z ró¿nymi narzêdziami, drucikami, sznurkami, no¿yczkami, o³ówkami itp. Co robi³ nasz pan wychowawca? Obmy¶la³ nowy przyrz±d astronomiczny, który potem wspólnie wykonali¶my na lekcji. Profesor by³ cz³owiekiem wielkiej wyobra¼ni i z niema³± doz± humoru. Na studniówkê zaprojektowa³ nam herb na czapki uczniowskie (taki by³ za moich czasów zwyczaj): na b³êkitnym tle w¶ród z³otych gwiazd lecia³a srebrna rakieta w kosmos. Wszak to by³ czas pierwszych kroków cz³owieka w przestrzeñ poza ziemsk±. W jedenastej klasie musieli¶my przysi±¶æ fa³dów nad ksi±¿kami, ale animuszu i woli walki o prawdê nie brakowa³o nam na lekcjach. Pamiêtam dyskusje z m³odym historykiem, który od niedawna by³ przys³any do naszego LO. By³ postury raczej kiepskiej, chudeusz w schodzonej marynarce, narzekaj±cy na marn± pensjê nauczycielsk±. Wkrótce otrzyma³ ksywê: laskonogi. Na lekcjach, gdzie tylko móg³, wyg³asza³ swe zachwyty na cze¶æ Sowietów i PRL-u. By³ nudny. Pewnego dnia pod koniec lekcji kolega z klasy rzuci³ nauczycielowi w twarz: skoro jest tak dobrze, to dlaczego pana nie staæ na now± marynarkê?... Historyka wybawi³ dzwonek, rzucili¶my siê hurmem na przerwê. Zbli¿aj±ca siê matura spêdza³a chyba wszystkim sen z powiek. Na miesi±c przed egzaminami trzeba by³o okre¶liæ swój kierunek studiów i z³o¿yæ w sekretariacie szko³y papiery do konkretnej uczelni. Mówiono nam, ¿e to z troski, by oszczêdziæ nam k³opotów z wysy³aniem dokumentów. Ta troska mia³a swoje ukryte dno: kontrola sumieñ. M³odszy mój kolega Rysiek napisa³ podanie na studia do Wy¿szego Seminarium Duchownego we Wroc³awiu, nasza Szko³a mia³a je wys³aæ. Nie musia³a, bo Rysiek obla³ maturê z historii. Moja przekorna natura nie pozwoli³a na ten b³±d. Po prostu w papierach dla dyrekcji LO poda³em politechnikê w Krakowie. Na mojej maturze, oczywi¶cie, musia³ siê znale¼æ czynnik spo³eczny, po prosu ubek. Zosta³ pokonany, dziêki zdecydowanej interwencji nauczyciela geografii. Nikt nie lubi³ owych czynników spo³ecznych. Na pytanie: co importujemy z Wêgier, wystrzeli³em jak z procy: wêgierki! Pan profesor zdziwiony nie mniej ode mnie, skwapliwie potwierdzi³: doskonale. Dziêkujemy. Balu maturalnego nie pamiêtam. Musia³em pojechaæ do Krakowa po ¶wiadectwo maturalne.
Nastêpne moje spotkanie ze Szko³± odby³o siê podczas Z³otego Jubileuszu istnienia Liceum Ogólnokszta³c±cego im. Ksiêcia Bolka I w Jaworze. By³o rado¶nie, ale... No có¿, tempora mutantur... My¶l±c dzi¶ o 70-leciu Szko³y, mam nadziejê nie tylko na piêkne spotkania po latach z kole¿ankami i kolegami, ale te¿ na odkrycie dobrych zmian w suwerennej szkole w wolnej Ojczy¼nie.
Ks. Miros³aw Drzewiecki, Wroc³aw

2016-09-05


Wicej