JAN PAWEŁ II:

Każdy musi być przygotowany

do tego, że stanie

przed Panem i Sędzią.


Rozwiń

GAWĘDA
GAWĘDA O SZKOLE, HARCERSTWIE I INNYCH RADOŚCIACH

70 lat ma moja jaworska szkoła średnia! Sporo, ale i tak jest młodsza ode mnie. Wszystko jednak, co się działo w moim życiu, w większości zaczęło się właśnie w Liceum Ogólnokształcącym - później: im. Księcia Bolka I - w Jaworze. Przyszedłem tu jako 14-letni chłopak. Właściwie to przyjechałem koleją państwową, kursującą ciemnozielonymi, brudnymi, wielodrzwiowymi wagonami, z długimi drewnianymi schodami na zewnątrz, na trasie Marciszów – Jawor – Legnica. Wsiadłem na schludnej, dwuperonowej stacyjce z wielkim napisem BORÓW. Przyjechałem ze wsi, w której Polacy od prawie dziesięciu lat zarabiali na chleb wydzierając z łona ziemi potężne bloki granitu. Ta wieś w niczym nie przypominała ziemiańskich gospodarstw i pól wołyńskich odebranych Polsce przez szaleństwo wojenne. Na Dolnym Śląsku było zupełnie inaczej. Trzeba było się przyzwyczajać do inności, mieszkać w murowanych domach, zasiadać do posiłków przy niemieckich stołach, spać w cudzych łóżkach. Niełatwo było uciszyć tęsknotę w sercu za własną, świętą ojcowizną, za polami złotymi, za zielonymi łąkami i rzeką kryształową, pełną błyskających w słońcu ryb, za dalekim borem ciemnym i tajemniczym. Do kościoła, niestety, było daleko. Ale i tutaj w niedzielę, czy w tygodniu na katechezę przed I Komunią św. biegało się cztery kilometry. A kościół parafialny w Roztoce był ciemny i smutny, w stylu neoromańskim i z dużymi balkonami wewnątrz. Ostał się po protestantach niemieckich, gdy obok katolicką świątynię zniszczyło mordercze bombardowanie. Wprawdzie paliła się tu nowa wieczna lampka, ale Ciało Pańskie po raz pierwszy, przy braku balasek, przyjmowałem na kolanach pochylając się nad białym obrusem podtrzymywanym przez ministrantów. Czasami zastanawiałem się, jak tu przede mną modlili się Niemcy. O wiele później zacząłem sobie uświadamiać, że i oni zostali przepędzeni ze swoich domów. Cóż, zgotowali sobie ten los wysyłając swych uzbrojonych synów na podbój nieznanego świata, na wschód przez naszą Ojczyznę - tak myślałem jeszcze przed maturą. Do dziś nie pojmuję tej antylogiki powojennej, że i my musieliśmy przeżyć dramat wielkiego exodusu w bydlęcych wagonach ze wschodu na zachód.
Do Liceum w Jaworze przybyłem w rok po wielkim płaczu marcowym w szkołach (płakali głównie nauczyciele), gdy słońce ludzkości, generalissimus Józef Wissarionowicz Stalin opuścił padół ziemski. To był czas! Wszystkie szkoły w Polsce były przez lata stygmatyzowane portretami trzech wielkich patriotów: Bieruta, Cyrankiewicza i… Rokossowskiego. Inni, zupełnie inaczej rozumiejący wolną Polskę, byli ścigani po lasach, torturowani w wielkich miastach, w kazamatach ubeckich czekali na swoją kulkę w potylicę. Ogromna liczba Polaków wyrokiem państwa ludowego skazana była na zniszczenie fizyczne i kompletne zapomnienie. Leżeli martwi zawiązani w workach, przykryci darnią i gęstymi krzakami w bezimiennych dołach. Polska po 1945 roku cierpiała ciężkie zniewolenie sowieckie i pokryta była gęstą siatką donosicieli i tajnych agentów. Żelazna kurtyna szczelnie oddzielała świat zachodni od czerwonego imperium. Mój ojciec, chcąc wysłuchać na swoim trzeszczącym pionierku wiadomości z Wolnej Europy, musiał lokować się z dala od okien, pod którymi wieczorną porą błąkały się wielkie judaszowskie uszy. W podręcznikach szkolnych nie było miejsca ani dla obrony Anglii przez polskich lotników, ani o walkach pod Monte Cassino. Nikt nie uczył o cmentarzach żołnierzy polskich na zachodzie Europy, ani gdzie został pochowany bohaterski generał Anders. Kompletna cisza - niewiedza okrywała życie i kulturę polskiej emigracji. A tam żyli nasi rodacy z wielką tęsknotą i bolesną raną z powodu niemożności powrotu do wolnej Ojczyzny. Kto wrócił, znikał z publicznego życia, często podobnie jak ujawnieni żołnierze Armii Krajowej, chyba że poszedł na współpracę z aparatem komunistycznego ucisku. Katolicy polscy choć odnajdywali nadzieję i uczyli się cierpliwości w świetle Ewangelii głoszonej przez Kościół, z trudnością przeżywali powszechne prześladowania za wierność swoim najwyższym wartościom. Za nieprawomyślność socjalistyczną relegowano ich ze stanowisk publicznych, pomijano w systemie nagród i uznań, zwalniano z pracy nawet z listem wilczym włącznie. Pracownicy urzędowi, od najniższego stanowiska po najwyższe, musieli należeć do partii. Nie wolno im było chodzić do kościoła, zawierać małżeństwa kościelnego, chrzcić dzieci, a nawet posyłać na lekcje religii w parafiach. Księża byli nachodzeni przez tajniaków ubeckich, nękani przesłuchaniami i utrudnieniami w pracy duszpasterskiej z młodzieżą. Władza organizowała procesy pokazowe z wysokimi wyrokami. Oskarżani na podstawie fałszywych, wymyślonych dowodów kapłani i biskupi byli torturowani i skazywani na wieloletnie pozbawienie wolności, a nawet na śmierć. Pamiętam ból w mej duszy, jaki powodowały wieści o skazaniu na śmierć księży kurii katowickiej, o torturowaniu księdza biskupa Kaczmarka z Kielc, czy też uwięzieniu Prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego. Siostry zakonne ze wszystkich klasztorów zgonione, umieszczone były w wielkim obozie pracy, gdzie nękane wyczerpującymi normami dziennego zatrudnienia tragicznie gasły. Małe seminaria duchowne były likwidowane, a wyższe zostały objęte milicyjną kontrolą i naszpikowane tajnymi, płatnymi donosicielami. Nad tym morzem bezprawia unosiła się propaganda kłamstwa wmawiająca Polakom, że rozwijać się mogą szczęśliwie tylko w objęciach wielkiego czerwonego brata. Kłamstwo wsączało się w świadomość wszelkimi kanałami w fabrykach, urzędach, uczelniach i szkołach. Pamiętam socjalistyczne kołchoźniki wiszące na słupach ulicznych.
W Liceum jaworskim sytuacja nie różniła się wiele od innych szkół średnich. Wszędzie musiała działać komórka partyjna z pierwszym sekretarzem, czyli jawnym donosicielem do powiatu partyjnego. On decydował o losach uczniów i nauczycieli. W naszym Liceum istniał wszechogarniający Związek Młodzieży Polskiej, starsza córa PZPR-u. Rządził nim jeden partyjniak z powiatówki, który w sferze decyzyjnej stał ponad dyrektorem szkoły. Gdy przychodził do szkoły i zarządzał szkolenie zetempowskie na długiej przerwie, pan dyrektor pochylał głowę i zapraszał obowiązkowo grono nauczycielskie ze swoimi klasami do auli. Zebrania trwały przez wiele godzin. Ja byłem wyrzutkiem społecznym. Odmówiłem wstąpienia do ZMP i w czasie takich zebrań spokojnie odrabiałem zadania domowe, albo przy słonecznej pogodzie szedłem do parku. Istniała też w naszej szkole młodsza córa partii – Organizacja Harcerska dla dzieci z podstawówki. OH była nudna, nie pociągała i nie podnosiła serc najmłodszych uczniów. Podobnie jak ZMP służyła specjalistycznemu praniu mózgów.
Potrzebna była koniecznie uzdrawiająca alternatywa. Opatrzność ma na wszystko sposób. W połowie lat 50-tych objawił się w Liceum nowy talent pedagogiczno-wychowawczy, młody nauczyciel Mirek Śliwiński. Jemu udało się z chłopaków różnych klas licealnych utworzyć drużynę harcerską, taką z prawdziwego zdarzenia, nie tubę ideologiczną. To była doskonała alternatywa dla ZMP. Drużynowy sięgnął do tradycji przedwojennych w wolnej Polsce. Najpierw powstała harcówka, punkt spotkań i centrum dowodzenia. Urządzaliśmy ją według chłopięcych upodobań; była nawet atrapa kominka z patykami ustawionymi w stos, pod którym jarzyła się czerwona żarówka, a maleńki wiatraczek popędzał w górę wąskie, płomienisto-kolorowe paski papieru. Lubiliśmy gawędy przy kominku i śpiewaliśmy dawne piosenki patriotyczne. Fascynowaliśmy się tradycjami skautingu, zwłaszcza tymi przejętymi przez polskie harcerstwo, przeczytaliśmy wspólnie "Kamienie na szaniec" Al. Kamińskiego. Jednak najbardziej co wiązało nas z harcerstwem i ze sobą w zastępach, to były spotkania i zajęcia w terenie. Harcerstwo uczyło nas uważnego i odkrywczego chodzenia ulicami miasta, zauważania ukrytych znaków przeszłości w architekturze, zainteresowania tym, co się dzieje w naturze: kolory liści na drzewach, śpiew ptaków wśród gałęzi, a także zainteresowania ludźmi i nawiązywanie z nimi kontaktów. To niesamowite, jak otwarte oczy poszerzały nasze serca, otwierały skarbce współczucia, zaprawiały do odważnej i szybkiej reakcji w niespodzianej sytuacji. Kilka razy wybiegaliśmy z murów miasta w zieloność łąk, błękit nieba i w mroczność zbliżającego się i rosnącego w oczach lasu. Lubiliśmy tego rodzaju biegi "na azymut" z mapą i kompasem w ręku. Najwięcej przeżyć dawały biwaki. Pamiętam dobrze jeden dwudniowy u podnóża ruin zamku Świny niedaleko Bolkowa. Budowanie obozowiska, spanie pod namiotami, warta nocna, przygotowywanie posiłków na ognisku, zwijanie obozu i zacieranie śladów swego pobytu, to nie tylko zdobywanie stopni i sprawności harcerskich, ale nade wszystko wielka radocha robienia wspólnie czegoś nowego i poznawanie przy tym siebie wzajemnie. Poznawaliśmy też swoje ukryte wady i słabości. Byłem wtedy przybocznym i doświadczyłem mocno, jak trudne bywa trzymanie nerwów na postronku i co znaczy jeden uśmiech, by rozładować napiętą, złą sytuację. Takie harcerstwo było nam potrzebne, rozwijało nas i fizycznie, i duchowo. Mieliśmy także pod opieką Zuchów, dzieci z klas podstawowych.
Nasza Drużyna postanowiła obrać imię Bohaterów spod Monte Cassino - po prostu dlatego, że Polska Ludowa zapomniała o żołnierzach, którzy na frontach zachodnich walczyli o "wolność naszą i waszą". Piosenka "Czerwone maki na Monte Cassino" stała się hymnem naszej Drużyny, a to dlatego, że pięknie opowiadała trudną drogę Polaków do wolnej Ojczyzny oraz dlatego, że dotychczas w Kraju była zakazana. Wolności jeszcze nie było. Wiadomo, wszelkie zakazy wyzwalają przewrotne działania młodych. Nasza przewrotność miała namaszczenie ze wszech miar patriotyczne. Nie zapomnę wieczoru 18 maja 1957 roku, gdy do naszej izby harcerskiej zawitał, zaproszony przez druha Śliwińskiego, żołnierz generała Andersa, uczestnik walk o wzgórze Monte Cassino, pan Bernard Ulanicki. To była 13. rocznica zwycięstwa i bohaterstwa polskiej armii we Włoszech. Także, niestety, 13 lat milczenia o tym nad Odrą i Wisłą. Podczas gawędy siedzieliśmy wokół gościa niczym zaklęci. Opowiadał, jak biało-czerwony sztandar wspinał się, padał i znów dźwignięty ręką żołnierza szedł ku szczytowi, by wreszcie zwycięsko załopotać na ruinie klasztoru benedyktyńskiego.
Po tym wieczorze uświadomiliśmy sobie, że nasza Drużyna nie ma sztandaru. W zastępach były już proporce, ale sztandaru jeszcze nie mieliśmy. Sztandar to ważna rzecz, musi być piękny, haftowany czy wyszywany. Musi nas identyfikować w społeczności szkoły czy miasta. Gryzła nas ta sprawa, bo pieniędzy żadnych nie było. Słuchajcie, druhowie, a gdyby tak sztandar namalować? -zapytał ktoś przy kominku. Odpowiedzią najpierw był śmiech, ale po chwili ktoś nieśmiało zauważył, że mama młodszej koleżanki Emilki jest artystką malarką. Tak się zaczęła toczyć z górki sprawa sztandaru namalowanego. Pani Kunawiczowa, artystka, była przeszczęśliwa, że może przyłożyć rękę do radości i chwały nowego harcerstwa w Jaworze. Wzięła na siebie wszystkie koszty. Problem był tylko z wizerunkiem sztandaru, jak ma wyglądać? Pani malarka podpowiedziała nam z mocą: z jednaj strony na pewno powinny być czerwone maki! A z drugiej, dopowiedzieliśmy: powinien być Krzyż Harcerski z lilijką, liśćmi dębowymi i laurowymi, i słowem CZUWAJ; jak przed rokiem 1945. A jakie tło? - Niebieskie, jak nasze chusty harcerskie. Kolor chust od początku był protestem przeciwko czerwieni zetempowskiej. Ostatnim problemem była data pokazania sztandaru, chcieliśmy "objawić się" miastu. Rozstrzygnął to ks. proboszcz od św. Marcina, zapraszając Drużynę do procesji Bożego Ciała ulicami Jawora. Zachęcił: całe miasto was zauważy! I tak się stało. W przeddzień Uroczystości pani Artystka złożyła gotowy sztandar na nasze ręce. Był jeszcze nieco mokry, pachniał farbami, przez całą noc suszyliśmy go w internacie. Procesja była wspaniała, tłumy szły ulicami za Jezusem w Monstrancji. Wielu ludzi obserwowało ludne ulice zza firanki w oknie, inni pstrykali zdjęcia. Po wielu latach podrzucono mi fotografię, na której niosę dumnie sztandar harcerski. Kto mi to przysłał? Przyjaciel czy ubek? To okazało się znaczącym pytaniem, bo gdy po maturze wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu, po trzech miesiącach na feriach bożonarodzeniowych u rodziców odwiedził mnie pewien smutny pan w szarym, gabardynowym płaszczu i opowiedział mi... całą moją historię czterech lat nauki w jaworskim LO. Po co? - Aby zaproponować darmowe studia. - Ależ ja już studiuję, wykrzyknąłem zdenerwowany. - Wiem, ale my chcemy, żebyś opuścił seminarium. Kiedy zrobiłem wielkie oczy, on dodał z uśmiechem: ja też byłem w seminarium, prawie dwa lata... Później na studiach dowiedziałem się o metodzie płatnych kapusiów ubeckich posyłanych do seminariów duchownych w Polsce. Zwykle na pierwszym lub na początku drugiego roku byli dekonspirowani i musieli opuścić mury naszej uczelni.
Drużynowy Śliwiński nie był na procesji Bożego Ciała, a mimo to od tamtego wydarzenia zaczęły się szykany... Od plotek puszczanych między ludźmi w szkole doszło do oficjalnego wyrażenia niezadowolenia Hufca z pracy harcerskiej Drużynowego i oskarżenia o rozbijacką robotę. W obronie ciężko skrzywdzonego Druha Mirka stanął ówczesny wicedyrektor Liceum, prof. Adam Kościukiewicz. Przedstawił partyjniakom powiatowym, że było wprost odwrotnie. To właśnie nasz Drużynowy umiejętnie, pedagogicznie integrował młode środowisko i je skutecznie wychowywał. Niestety, w Hufcu nie było odwilży popaździernikowej, co najwyżej przemalowanie z czerwonego na zielony kolor. Oczywiście, przy odsunięciu Mirosława Śliwińskiego od harcerstwa zastrzegano się głośno, że to na pewno nie z powodu obecności jego Drużyny na procesji Bożego Ciała. Kłamstwo nie umarło! Wcześniej i później nie opuszczało warg komuszych, było legalnym narzędziem sprawowania władzy w PRL-u.
O szkole, o jej pięknie i życiowej ważności stanowią przede wszystkim ludzie: nauczyciele i uczniowie. O nauczycielach nie chcę się rozpisywać; wiadomo, że każdy z nich żył pod pręgierzem władzy i propagandy komunistycznej. Dodam tylko, że uczniowie dość dobrze orientowali się, kto po której stronie stoi. Byli nauczyciele, którzy chcieli nie tylko realizować program w klasie, ale z bogactwa swego wnętrza usiłowali przemycać niezbite, odwieczne wartości duchowe, także patriotyczne. Pamiętam lekcje z geografii z prof. Kędrą, ćwiczenia z chemii i fizyki z prof. Kurbielem, później z prof. Wiśniewskim, matematyki z prof. Gutkiewiczem, francuskiego z prof. Jakimowiczem. Na boisku rządził prof. Olichwer, młody, wysoki, wysportowany kawaler, który szybko zmienił swój stan cywilny. Była też przez kilka miesięcy na zastępstwie wspaniała polonistka. Niestety, nie pamiętam jej nazwiska. Świetlistym zjawiskiem efemerycznym przemknęła przez moje życie. Bardzo lubiłem lekcje, a szczególnie rozmowy z nią na długiej przerwie. Życzliwie zechciała przeczytać moje zielone juwenilia rymowane. Była ostrym krytykiem, na całe lata zarzuciłem pisanie wierszy.
Obok "ciała pedagogicznego" szkoła to przede wszystkim koleżanki i koledzy. I muszę wyznać, że byłem przywiązany do mojego Liceum. Tu się rodziły pierwsze sympatie i więzi przyjacielskie, zawiązywały się mniejsze lub większe "paczki" koleżeńskie. Tu wśród radosnych młodych uczyłem się życia wspólnotowego. Tutaj rodziło się i umacniało poczucie odpowiedzialności z innymi i za innych. W pierwszym okresie do szkoły przyjeżdżałem pociągiem wczesnym rankiem, ale nie narzekałem. Wspólny czas w pociągu, czy w drodze ze stacji do szkoły dawał szansę na ciekawe spotkania i rozmowy. Dojeżdżały przecież osoby w różnym wieku, z różnych klas dziewczęta i chłopcy. Dlatego cieszyłem się, gdy bez żadnego umawiania grupa skręcała po drodze do kościoła na ranny pacierz. Każdy z nas wiózł w duszy jakiś własny bagaż domowy, stąd też ciekawe były dyskusje i wzruszające wyznania, czasami komuś wiele dające. W klasie dziewiątej i dziesiątej mieszkałem w internacie, najpierw w wielkim czerwonym budynku, a potem w małej wilii otoczonej niewielką zielenią drzew. To stwarzało lepsze warunki do powstawania bliższych znajomości czy przyjaźni. Był czas na wieczorne spacery, wypady do kina, czy koleżeńskie odwiedziny imieninowe. Wielki budynek internatu był podzielony na dwie części: dla dziewcząt i dla chłopców. Dziewczęta miały swoją wychowawczynię, a chłopcy wychowawcę. Byliśmy pod nieustającą opieką, gdyż wychowawcy mieszkali razem z nami. Wspólny czas młodzieńczych spotkań był ściśle limitowany tak co do dni, jak i co do godzin. Od dwudziestej drugiej musiała panować cisza nocna. Czasami zdarzało się, że wychowawczyni wpadała do pokoju dziewcząt w poszukiwaniu chłopaka w szafie, a czasami, gdy pani profesor czuła się niezdrowa, siedzieliśmy bezpiecznie przy herbatce. Kłopot był wtedy, gdy pani wychowawczyni zamknęła drzwi wejściowe na wielki, niepowtarzalny klucz. Wtedy trzeba było ewakuować się przez okienko w piwnicy, co z kolei groziło spotkaniem z panem wychowawcą późno wracającym z miasta. Raz jeden przeżyłem taką grozę. Długo pamiętałem ostre światło latarki rzucone mi w oczy. Sparaliżowany strachem utknąłem w ramie okienka i czekałem, i drżałem. Usłyszałem słowa zaskoczonego pana profesora: Mirek?! Wyłaź natychmiast i marsz spać! Nie musiał powtarzać. Starsi chłopcy mieli swój sposób na szybki kontakt z dziewczynami. W ścianie dzielącej obie części budynku była wywiercona dziura wielkości jednego oka. Pokój z „telefonem zakochanych” był strzeżony tajemnicą i okupowany przez jedenastoklasistów.
Czas w dziesiątej klasie był dla mnie bardzo dynamiczny i twórczy. W kraju sączyło się ciężkie życie, rosły ceny i braki w sklepach. Było smutno. Tylko niezmordowana propaganda komunistyczna tworzyła bohaterski mit szczęścia u boku ZSRR. Rósł niepokój społeczny. W kościołach Naród się modlił o uwolnienie ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Odnowienie ślubów króla Jana Kazimierza na Jasnej Górze odbyło się bez obecności Prymasa. Podczas Eucharystii na Szczycie stał pusty fotel z portretem Jego Eminencji i biało-czerwonymi kwiatami. Widziałem to na własne oczy 26 sierpnia 1956 roku. Miałem 16 lat i po raz pierwszy stanąłem pod wałami Jasnej Góry pośród milionowej rzeszy pielgrzymów z całego kraju. Mama, błogosławiąc mnie na drogę pątniczą, szepnęła do ucha: módl się tam gorąco, bo Pani Jasnogórska zawsze wysłuchuje proszących po raz pierwszy. Wtedy - pamiętam doskonale - w cudownej kaplicy wpatrzony w oblicze Królowej Polski, modliłem się o powołanie kapłańskie i o wolną Polskę. Obie prośby zostały spełnione, choć nie jednocześnie. Już jako kapłan i kaznodzieja długo jeszcze czekałem razem z Narodem (nie bezczynnie) na pierwsze promienie wolności i suwerenności. Polacy bardzo boleśnie przeżywali barbarzyńskie stłumienie czerwcowego buntu poznańskich robotników w 56 roku. Politycy w Moskwie i w Warszawie wyrazili gniewne zdziwienie: jak można nie szanować przyjaźni i opieki wielkiego brata? Jak można stawiać mu żądania? Zdziwili się i... wysłali wojsko przeciw robotnikom i studentom. Rozkazali strzelać. Mój starszy przyjaciel studiował wtedy w Poznaniu, wiele zdrowia stracił w starciu z wojskiem i milicją uzbrojoną po zęby. Wieści miałem więc aktualne, byłem wszystkiego bardzo ciekaw. Poznański czerwiec, z czterdziestoma ośmioma śmiertelnymi ofiarami, zaowocował dopiero w październiku ustępstwami reżimu wobec Polaków. Pamiętam w kinach kronikę filmową pokazującą ogromny wiec w Warszawie z przemawiającym nowym szefem PZPR-u, Gomułką. Wtedy Polacy z nadzieją rozmawiali o odwilży i zmianie kierunku wiatru politycznego. W dwa dni po wiecu, 26 października 1956 roku wrócił do Warszawy uwolniony Prymas Polski. Mówiło się także o zwolnieniu z więzień półtora tysiąca więźniów politycznych. Mój ojciec uśmiechał się szczęśliwy, gdy mógł słuchać radia Wolna Europa już bez zagłuszania. Religii mogliśmy uczyć się nie w ciemnej salce na tyłach kościoła św. Marcina, ale normalnie w naszej klasie. Lubiliśmy te lekcje i dbaliśmy twardo, by to były spotkania, na których każdy z nas mógł podrzucić księdzu swój problem. Katecheta potrafił wydobyć z nas i zaangażować nasze różne talenty. Doprowadził wreszcie do tego, że byliśmy zdolni w Wielkim Poście dać jaworzanom w kościele piękne słowno-muzyczne misterium o Męce Pańskiej: "Stabat Mater dolorosa". W grudniu 56-go urządziliśmy dla dzieci z klas podstawowych spotkanie ze św. Mikołajem. Wiadomo, stalinizm zacierał wszelkie ślady obecności Boga w rodzinach i w szkole. W naszym Liceum Ogólnokształcącym również od kilku lat, zamiast świętego Biskupa rozdającego prezenty, pojawiał się Dziad Mróz w czerwonej czapce z pomponem. Byłem przewodniczącym uczniowskiego zarządu; powstał w mej głowie pomysł, żeby na oczach dzieci i rodziców przegonić Dziada, a wprowadzić uroczyście św. Mikołaja w szatach biskupich i z pięknym pastorałem. Kombinowania ze zdobyciem szat było niemało, ale radość dzieci wspólnie z aniołkami wypychających z auli czerwonego fałszywca, nagradzała wszystkie trudy i zmęczenie.
Odwilż październikowa '56-go docierała powoli do Polski powiatowej. W Jaworze pierwsze jej skowronki były widoczne wiosną następnego roku. Gdy dowiedzieliśmy się o obradach powiatowej PZPR, podczas których decydowano o naszym losie po odwilży, rzuciliśmy hasło po klasach: idziemy na obrady! Posłaliśmy też wici do chłopaków z technikum kamieniarskiego, obiecali przyjść tłumnie. Całą noc w małym internacie z kolegami kleiliśmy wielki transparent białymi literami na czerwonym tle: "NIC O NAS BEZ NAS!". Ruszyliśmy spod szkoły na długiej przerwie. Całą atmosferę można było określić dwoma słowami: radość i duma. Szli młodzi z dziesiątej i dziewiątej klasy, z ósmej dołączyli tylko najodważniejsi. A ci z jedenastej wydęli na nas wargi; no cóż, mieli zbyt wiele do stracenia. Popatrzyłem z ulicy wstecznie w stronę gabinetu dyrektorskiego, okno było zaludnione i... bez entuzjazmu. Pod gmachem obrad chwilę czekaliśmy na "kamieniarzy". Nie przyszli. Ponoć ichni pan dyrektor zamknął szkołę na klucz. Weszliśmy na salę uroczyście z rozwiniętym transparentem. W pierwszej chwili powitały nas brawa. Staliśmy bez słowa. Na sali zaskoczenie totalne przez dłuższą chwilę. Wreszcie ktoś od trybuny wrzasnął: kto im pozwolił?! No i zaczął się ruch w obie strony. Pojawili się nie wiadomo skąd rodzice niektórych uczniów, nawoływania i błagania: wyjdźcie! Wyszliśmy, ale transparent zostawiliśmy. Nazajutrz nasz pan dyrektor musiał w szkole zrobić karną aferę, ale obszedł się z nami dość łagodnie. Ja straciłem tylko nowe portki. Planowałem je kupić za stypendium, którego nie otrzymałem.
Po wakacjach zaczął się nowy rok szkolny 1957/58; miał nas doprowadzić do matury. Na szczęście wychowawcą naszym był profesor Adam Kościukiewicz. To niepodważalny autorytet naszego LO. Był nie tylko prostolinijny i odważny; miał umysłowość twórczą, żył tym, w co wierzył i co myślał. Pamiętam, jak spotkaliśmy pana Profesora przed szkołą, stał żywo gestykulując dłońmi i mówił do siebie. U stóp leżała otwarta jego sfatygowana teczka z różnymi narzędziami, drucikami, sznurkami, nożyczkami, ołówkami itp. Co robił nasz pan wychowawca? Obmyślał nowy przyrząd astronomiczny, który potem wspólnie wykonaliśmy na lekcji. Profesor był człowiekiem wielkiej wyobraźni i z niemałą dozą humoru. Na studniówkę zaprojektował nam herb na czapki uczniowskie (taki był za moich czasów zwyczaj): na błękitnym tle wśród złotych gwiazd leciała srebrna rakieta w kosmos. Wszak to był czas pierwszych kroków człowieka w przestrzeń poza ziemską. W jedenastej klasie musieliśmy przysiąść fałdów nad książkami, ale animuszu i woli walki o prawdę nie brakowało nam na lekcjach. Pamiętam dyskusje z młodym historykiem, który od niedawna był przysłany do naszego LO. Był postury raczej kiepskiej, chudeusz w schodzonej marynarce, narzekający na marną pensję nauczycielską. Wkrótce otrzymał ksywę: laskonogi. Na lekcjach, gdzie tylko mógł, wygłaszał swe zachwyty na cześć Sowietów i PRL-u. Był nudny. Pewnego dnia pod koniec lekcji kolega z klasy rzucił nauczycielowi w twarz: skoro jest tak dobrze, to dlaczego pana nie stać na nową marynarkę?... Historyka wybawił dzwonek, rzuciliśmy się hurmem na przerwę. Zbliżająca się matura spędzała chyba wszystkim sen z powiek. Na miesiąc przed egzaminami trzeba było określić swój kierunek studiów i złożyć w sekretariacie szkoły papiery do konkretnej uczelni. Mówiono nam, że to z troski, by oszczędzić nam kłopotów z wysyłaniem dokumentów. Ta troska miała swoje ukryte dno: kontrola sumień. Młodszy mój kolega Rysiek napisał podanie na studia do Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu, nasza Szkoła miała je wysłać. Nie musiała, bo Rysiek oblał maturę z historii. Moja przekorna natura nie pozwoliła na ten błąd. Po prostu w papierach dla dyrekcji LO podałem politechnikę w Krakowie. Na mojej maturze, oczywiście, musiał się znaleźć czynnik społeczny, po prosu ubek. Został pokonany, dzięki zdecydowanej interwencji nauczyciela geografii. Nikt nie lubił owych czynników społecznych. Na pytanie: co importujemy z Węgier, wystrzeliłem jak z procy: węgierki! Pan profesor zdziwiony nie mniej ode mnie, skwapliwie potwierdził: doskonale. Dziękujemy. Balu maturalnego nie pamiętam. Musiałem pojechać do Krakowa po świadectwo maturalne.
Następne moje spotkanie ze Szkołą odbyło się podczas Złotego Jubileuszu istnienia Liceum Ogólnokształcącego im. Księcia Bolka I w Jaworze. Było radośnie, ale... No cóż, tempora mutantur... Myśląc dziś o 70-leciu Szkoły, mam nadzieję nie tylko na piękne spotkania po latach z koleżankami i kolegami, ale też na odkrycie dobrych zmian w suwerennej szkole w wolnej Ojczyźnie.
Ks. Mirosław Drzewiecki, Wrocław

2016-09-05


Więcej