JAN PAWEŁ II:

Każdy musi być przygotowany

do tego, że stanie

przed Panem i Sędzią.


Rozwiń

Dobro w złym czasie budowane
Ks. Mirosław Drzewiecki


DOBRO W ZŁYM CZASIE BUDOWANE


A. Duch przenika wszystko

Nie ma tak złego czasu, żeby człowiek nie mógł uczynić dobro. Gdy WRON-a zamykała w więzieniach, aresztach i internatach ludzi „Solidarności”, po drugiej stronie myślenia powstał Arcybiskupi Komitet Charytatywny. Na każdy akt przemocy na ziemi duch ludzki rodzi pomoc skrzywdzonym. Stan wojenny w annały już trzydziestoletniej historii „Solidarności” wpisał po jednej stronie gwałt, rabunek i ból, kłamstwo, deptanie godności, krzywdę i nienawiść, zdradę, kolaborację i donosicielstwo… Po drugiej stronie Miłość zapisała tysiące małych i wielkich inspiracji i realizacji dobra: pomocy, opieki, czuwania, obrony, pociechy, obecności, a także odwagi, pokory i samozaparcia, przebaczenia, żalu i nawrócenia. Wszystko to mogło się dziać tylko na gruncie Jezusowej Dobrej Nowiny: „Jeden drugiego brzemiona noście” i „zło dobrem zwyciężaj” . Kościół otworzył bramy swych świątyń dla zupełnie nowej paraliturgii, gdzie uwidocznił się sposób oddawania czci Bogu poprzez odważne świadectwa miłości bliźniego, kultywowanie służby drugiemu człowiekowi, niesienie pomocy i zaradzanie potrzebom tak ciała jak i ducha.

Pierwszy okres oporu społecznego wobec zbrojnej przemocy Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego charakteryzował się niekonwencjonalnością i nowością środków i wydarzeń. Księża na ambonach głosili z niespotykaną siłą przekonania słowo Boże w aspekcie rzadko słyszanym przedtem. Kościoły często służyły jako galerie plastyczne, sale koncertowe i sceny misteriów religijno-patriotycznych. Wrocław pamięta wystawy i spektakle domowe w prywatnych mieszkaniach i aktorów wyjeżdżających do ludzi na wsiach i w miasteczkach. W styczniu 1983 roku zaczęło prężnie działać we Wrocławiu Duszpasterstwo Środowisk Twórczych . Przy ul. Katedralnej 4, w salach „Pod Czwórką”, artyści mieli względnie bezpieczne miejsce do rozmów, spotkań towarzyskich, wieczorów literackich i muzycznych. Oczywiście, bezpieczeństwo było względne, bo mieliśmy świadomość obecności tajnych agentów, współpracowników milicji politycznej. Ta świadomość jednak nie zatrzymywała artystów w zamkniętych domach. W roku 1983, gdy Ojciec święty Jan Paweł II w czerwcu odwiedzał Wrocław, aktorzy wrocławscy na przywitanie znakomitego Gościa wobec 800-tysięcznej rzeszy pątników na hipodromie partynickim przedstawili wspaniałe, patriotyczne słuchowisko poetyckie pt. „Pokój tobie, Polsko! Ojczyzno moja!”. Natomiast ludzie pędzla i dłuta na wspólnej wystawie amatorów i zawodowych plastyków w kościele Świętego Krzyża na Ostrowie Tumskim pokazali ponad 600 eksponatów autorstwa trzystu artystów z całej Polski. W czerwcu 1985 plastycy zrzeszeni w ZPAP, Okręg Dolnośląski, po raz pierwszy bez mecenatu państwowego (i bez cenzury!), wspomagani przez Duszpasterstwo Środowisk Twórczych, dokonali przeglądu swej twórczości w „czasie zakazanym”. Dwustu plastyków wystawiło blisko pięćset obrazów i rzeźb w sąsiadujących ze sobą kościołach św. Krzyża i św. Marcina. Wernisaż odbył się pod gołym niebem w przestrzeni między tymi świątyniami. Zainteresowanie wrocławian było ogromne, tu można było odetchnąć wolnością. Podobnie działo się 18 maja 1985 r. i 20 maja 1987 roku podczas dwu edycji krajowego biennale – wystawy i sympozjum – pod ewangelicznym tytułem „Droga i Prawda”. Aleksander Wojciechowski, krytyk sztuki niezależnej, określił wystawę w 1985 roku jako największą i jedyną na taką skalę w Polsce od 1945 roku. W tej wystawie uczestniczyło 91 młodych artystów z całej Polski . Na tę okoliczność został wydany katalog, oczywiście, poza cenzurą. Dwudniowe sympozjum zgromadziło mnóstwo gości z całego kraju: artystów plastyków i znanych aktorów, jurorów, krytyków sztuki i propagatorów. Uczestników trzeba było gdzieś umieścić i nakarmić! Hotele państwowe (innych przecież nie było!) najpierw z entuzjazmem przyjęły nasze zgłoszenie, a po kilku dniach odmówiły „z braku miejsc”. SB i tu położyła swoją ciężką łapę. Ale też tu się objawił duch solidarności – wszystkich zgłaszających się gości przenocowaliśmy w mieszkaniach artystów, znajomych i sympatyków naszego duszpasterstwa. Tam też zostali nakarmieni, chociaż „Pod Czwórką” częstowaliśmy bigosem i kanapkami. Znów się sprawdziło, że można zło dobrem zwyciężyć. Nauka ks. Jerzego Popiełuszki, widać wyraźnie, nie poszła w las.

Dla ścisłości trzeba jednak zaznaczyć, że wśród artystów nie ze wszystkim było tak jasno i czysto. Na dwóch czy trzech obrazach autorzy zakleili swe podpisy. Siewcy strachu różnymi sposobami podsycali lęk w sercach; niejeden z plastyków zaproszony na rozmowę z urzędnikiem SB na wrocławskim Podwalu wracał stamtąd z roztrzęsionymi nerwami. Istotnie trzeba było mieć nerwy jak postronki, ludzie delikatni i wrażliwi psychicznie niełatwo to znosili. W sposób naturalny więc, wiekowy, mały, z kameralną i wyciszoną atmosferą wnętrza, kościół św. Marcina stał się „miejscem źródłowym”, gdzie w modlitwie człowiek odzyskiwał równowagę ducha i panowanie nad nerwami. Sami artyści poprosili ks. abp. Henryka Gulbinowicza o to wyjątkowe miejsce dla spotkań, gdy wszelkie gromadzenie się w Polsce było zakazane przez reżim. Do kościoła na Mszę niedzielną licznie przychodzili twórcy różnych dziedzin sztuki, starzy i młodzi. Często kościółek „pękał w szwach”, ludzie wierzący i niewierzący stali stłoczeni na modlitwie, a także po niej, gdy gościliśmy znakomitych wykładowców czy recytujących i śpiewających aktorów z daleka. Pamiętam wielki tumult, gdy przyjechała na spotkanie z Warszawy pani Maja Komorowska. Trzeba było dodatkowy głośnik wystawić przez okno na zewnątrz dla otaczających kościół fanów artystki. Tłumy też przyciągał pan Jacek Federowicz.

Przez ponad sześć lat, do roku 1990, w podziemiu kościoła św. Marcina miejsce dla comiesięcznych ekspozycji pod krytycznym okiem Jerzego Ryby znalazła Galeria „Na Ostrowie” . Tutaj wystawiali swe prace tak dojrzali artyści, jak i młodzi dyplomanci wrocławskiej ASP. Inne wrocławskie galerie, gdzie artysta mógł nie czuć ucisku rządowego, zostały zamknięte z chwilą delegalizacji Związku Polskich Artystów Plastyków na dzień przed przybyciem Jana Pawła II do Wrocławia w czerwcu 1983 roku. Znaczącym wydarzeniem w galerii „Na Ostrowie”, przyciągającym ogromną liczbę zwiedzających, była otwarta 11 listopada 1988 roku wystawa poświęcona ofiarom terroru stalinowskiego, żołnierzom AK i WiN, zamordowanym przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i pochowanym w nieodwiedzanym, zachwaszczonym kącie Cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu. Piękny i pełen powagi wernisaż tej wystawy był owocem mrówczej pracy i nieustępliwych, upartych poszukiwań dwu wrocławianek , które nie chciały się pogodzić z haniebnym podeptaniem polskiej godności i honoru ze skutkiem pozbawienia życia żołnierzy, patriotów polskich, ukrywających się przed milicją polityczną po wojnie we Wrocławiu. Następnym owocem tej pracy poszukiwawczej był uroczysty pogrzeb prowadzony, przy ogromnej frekwencji rozmodlonych wrocławian, przez ks. bp. Adama Dyczkowskiego. Wkrótce stanął na Cmentarzu Osobowickim pomnik poświęcony ofiarom reżimu komunistycznego. Duszpasterstwo Środowisk Twórczych służyło Polakom dla odkłamania naszej niedawnej historii oraz dla obrony czci Ojczyzny, a także ku pokrzepieniu serc w tym bardzo złym czasie. Trwaliśmy w przekonaniu, że praca nasza daje ludziom pociechę i podniesienie ducha ku Bogu. Trzeba o tym pamiętać i przypominać, jak wiele i jak skuteczne były artystyczne działania w przestrzeni religijno-patriotycznej, ile radości i nadziei wnosiły w życie mieszkańców Wrocławia i okolic wystawy, koncerty czy spektakle połączone ze Mszą św. „za Ojczyznę”. Wielką tajemnicą Pana Boga (nie wykluczając spowiedników) pozostaje liczba Polaków nawróconych w stanie wojennym ku Niebu. Przez ten trudny, ale i pod wieloma względami piękny czas księża, jak zwykle, służyli w konfesjonałach i głosili kazania, za które nieraz Jezus pozwalał im nieco pocierpieć. Omnia ad majorem Dei et Patriae gloriam!



B. W ciele jesteśmy pielgrzymami

Drugi okres pracy Duszpasterstwa Środowisk Twórczych rozpoczął się w połowie 1989 roku, po (niby) demokratycznych wyborach i gdy zelżał (bo przecież nie ustał!) ucisk wciąż władnych urzędników byłej nomenklatury. Stara gwardia nie dawała się łatwo wysadzić z siodła. Nastąpiło rozkradanie majątku narodowego. Dobrze było czuć się wolnym, mówić, co się chce, organizować spotkania, nie krępować się godziną milicyjną… Tak, ale do polskich domów zaczęła zaglądać zwyczajna bieda. Wprawdzie sklepy nie ziały już pustką, kartki żywnościowe przestały rozpalać wyobraźnię rodziców i marzenia dzieci. Ale cóż z tego, skoro brakowało pieniędzy w budżetach rodzinnych. Bóg zażądał od nas nowej wyobraźni i adekwatnych działań.
Odpowiedź wyklarowała się bardzo szybko. W dniu 11 listopada 1989 roku, w uroczystość patrona kościoła, została powołana do istnienia Fundacja Świętego Marcina. Mszę św. odpustową inaugurującą naszą działalność celebrował i homilię o świętości życia chrześcijańskiego wygłosił kanclerz Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej, ks. prałat Stanisław Pietraszko. Wspólnie też dziękowaliśmy gorąco Panu Bogu za odzyskaną możliwość obchodu rocznicy uzyskania niepodległości Polski, bo przecież przez całe powojnie rządy komunistyczne niszczyły wszelką pamięć o roku 1918 i o Józefie Piłsudskim, który Narodowi otworzył bramę do niepodległości. Na zakończenie Mszy wyraziliśmy wdzięczność Ojcu świętemu za dar kanonizacji brata Alberta Chmielowskiego, który w ziemskim życiu głęboko pochylał się nad najuboższymi i wydziedziczonymi ludźmi. Jego prosiliśmy o orędownictwo w Niebie w początkach naszej działalności. Wkrótce grupa chętnych patriotów przez dobrowolne opodatkowanie się stworzyła fundusz założycielski, ułożyła odpowiedni statut i już dnia 23 listopada 1989 roku aktem notarialnym sporządzonym w Państwowym Biurze Notarialnym we Wrocławiu nasza Fundacja uzyskała osobowość prawną . Potem było konieczne poddanie się pod kuratelę (czytaj: kontrolę) Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej i już mogliśmy pomagać ludziom najbardziej potrzebującym . Założyliśmy konto bankowe i rozesłaliśmy wici wśród znajomych z zaproszeniem do niesienia pomocy. Oddźwięk był nadzwyczaj żywy. Dołączali do nas studenci różnych uczelni. Tutaj pomogło wcześniejsze przetarcie szlaków przez duszpasterstwo akademickie „Pod Czwórką”. Przez 15 lat wcześniej pracowałem tam z ks. bp. Adamem Dyczkowskim i ks. Andrzejem Dziełakiem pod czujnym i bardzo życzliwym okiem świątobliwego – dziś sługi Bożego - ks. prałata Aleksandra Zienkiewicza. Rekolekcje dla studentów i udział w strajkach uczelnianych pomogły w werbowaniu młodych do pracy charytatywnej. Spoza kręgów artystycznych dołączyli do Fundacji wierni słuchacze katedralnych kazań dla inteligencji miasta Wrocławia. Przychodziły z bardzo konkretną pomocą przeważnie kobiety: nauczycielki szkół podstawowych i średnich, młoda kadra uczelniana z Politechniki Wrocławskiej i z Uniwersytetu, bibliotekarki, urzędniczki, a także tryskające drugą młodością i energią wiary panie emerytki.

Działalność konkretną Fundacja św. Marcina zaczęła od dystrybucji bonów żywnościowych. Do końca lutego 1990 roku wydaliśmy ponad 10 tysięcy bonów realizowanych w barach i restauracjach WSS Społem. Bony żywnościowe otrzymywaliśmy od prezesów Społem lub kupowaliśmy za pieniądze uzbierane do koszyka podczas Mszy św. Czasami ktoś ofiarował anonimowo kilka, kilkanaście bonów w prezencie. Galopująca inflacja sprawiała, że cena jednego niewyszukanego obiadu w listopadzie ’89 z 300 zł wzrosła do 1500 – 2000 zł w lutym ’90. I jak tu żyć przy tak szalonym wzroście kosztów utrzymania? Mieliśmy tu także dużo szczęścia. Po międzynarodowym spotkaniu modlitewnym młodzieży we Wrocławiu brat Marek z Taizé wspomógł Fundację ofiarując 12 tysięcy gotowych zup w puszkach. Rozdawaliśmy je w marcu i kwietniu. Pod koniec zimy chleb drożał, ludziom biednym brakowało podstawowego pokarmu, zgroza! Fundacja pomyślała o tanim chlebie. Daleko w swojej pomysłowej ofiarności poszedł dyrektor zakładu piekarniczego Mamut. Dzięki jego darom przez dłuższy okres czasu ludzie mogli trzy razy w tygodniu otrzymać lub kupić za kilka złotych bochenek świeżego chleba. Zwykle kolejka ustawiała się dużo wcześniej przed schodami. Zagraniczni goście zatrzymywali się i pytali, jaki spektakl będzie w tym kościele? Jeżeli ktoś był wtedy spragniony radosnego uśmiechu, mógł przyjść do św. Marcina i zobaczyć, z jaką radością ludzie całowali chleb otrzymany w drzwiach kościółka. Studenci nasi dostarczali chleb także do zakonnych punktów darmowego żywienia. Grupa studentów dofinansowana z Fundacji organizowała paczki św. Mikołaja dla dzieci i spotkania opłatkowe w parafiach dla samotnych ludzi. Przed świętami zwykle zwiększała się ofiarność na rzecz Fundacji, mogliśmy wspierać tych, co chcieli pomagać innym.

Osobny rozdział w historii Fundacji stanowi rozdawnictwo odzieży. Po audycji TV w programie ogólnopolskim 31 grudnia 1990 roku zaistnieliśmy w Polsce, ale nie zarzucono nas darami, przeciwnie, zaczęły napływać listy z całego kraju z prośbą o pomoc. Trzeba było podnieść tę rękawicę tym bardziej, że w statucie na temat terenu działania mieliśmy zapis: cały świat. Wrocławianie jednak nie zawiedli. Zaczęli coraz częściej przynosić używaną, czystą odzież. Dopisała też zagranica mocno przejęta stanem wojennym i biedą w Polsce. Otrzymaliśmy potężny transport ze Szwecji, dwa wypakowane po brzegi samochody z używaną odzieżą. Połowę transportu przekazaliśmy do różnych grup charytatywnych kościelnych, szkolnych i solidarnościowych. Resztę rozpracowała pięknie zorganizowana grupa kilkunastu pań, z których każda poświęciła kilka godzin w tygodniu dla sortowania, oceniania i wydawania odzieży. Najpierw grupa pracowała w podziemiu naszego kościoła. W tych nie najwygodniejszych warunkach rozdawaliśmy odzież do listopada 1990 roku. W grudniu otrzymaliśmy od miasta lokal przy ul. Kościuszki 35 (oficyna). Miejsce było obszerniejsze, zostało zaadaptowane i umeblowane głównie dzięki pomocy DT Centrum we Wrocławiu.

Oprócz tego zwykłego nurtu pracy Fundacja organizowała wedle nadarzającej się potrzeby różne specjalne akcje. Dwukrotnie pomogliśmy zorganizować dla Duszpasterstwa Środowisk Twórczych wielką aukcję obrazów pod hasłem: „Plastycy plastykom”. Cały uzyskany stąd dochód oddany został rodzinom artystów znajdującym się w krytycznej sytuacji finansowej. Inną cykliczną akcją był „Jarmark św. Marcina”. Tutaj część wybranej i dobrze zachowanej odzieży wystawialiśmy na sprzedaż, aby uzyskane pieniądze przeznaczyć na inne formy pomocy. Pierwszy taki Jarmark odbył się na zewnątrz naszego kościoła przy pięknej pogodzie w maju 1990r. Czegóż tam nie było! Nawet „dziada z babą” (a nawet kilku) nie zabrakło. Oprócz propozycji odzieży dla starszych,
dzieci mogły przebierać w zabawkach, misiach, lalach, żołnierzykach, także w książkach, zeszytach i piórnikach. Były też obrazy i małe rzeźby ofiarowane przez plastyków. Każdy mógł poprosić o kromkę czarnego chleba, posmarować pysznym smalcem i zjeść popijając gorącą herbatą. Ciasto najsmaczniejsze w świecie upiekły i przyniosły nasze panie. W wielu pomysłach korzystaliśmy z pomocy Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego, który działał także „Pod Czwórką”. Nieocenioną pomoc w prowadzeniu księgowości udzielała Fundacji Świętego Marcina nieodżałowanej pamięci i anielskiej wprost cierpliwości, wspaniała kobieta, dziś już stojąca przed Bogiem pani Apolonia Stawiarz. Słów brakuje, by wyrazić całą wdzięczność serca za jej dobroć, prawość moralną, dyscyplinę pracy i sumienność oraz życzliwy uśmiech w przelocie na korytarzu.

Czy odbiorcy od nas darów zdawali sobie sprawę z tego, ile - poza chwilą przekazywania im paczek i pakunków – poświęcaliśmy im naszego wolnego czasu, zdolności, myślenia, sił fizycznych, kilometrowych wędrówek od sponsora do sponsora, zarywanych nocy, wielogodzinnych rozmów codziennych z różnymi urzędnikami?... Podejrzewam, że nie wszyscy nasi beneficjenci zdawali sobie z tego sprawę. Z niektórych pretensji kierowanych pod adresem pań dyżurujących można było wnioskować, że nie brano pod uwagę prostego faktu, iż nasze wspaniałe wolontariuszki prowadziły swoje domy rodzinne czy też normalną pracą zarabiały na życie. Na szczęście niewiele takich pretensji docierało do prezesa Fundacji. Dla większości z nas prawdziwą nagrodą za trud był uśmiech i szczere słowo „dziękuję” z ust osoby obdarowanej. Najbardziej cieszyła radość obdarowanych dzieci. W początkowym okresie pomogliśmy blisko 1300 osobom proszącym o odzież i obuwie. Wielokrotnie wspomagaliśmy finansowo bardzo biedne rodziny wielodzietne, ludzi chorych, samotnych i niezdarnych rencistów. Niektórzy prosili jeden raz, inni korzystali z pomocy wielokrotnie. W pierwszym i drugim roku działalności wypłacaliśmy dwudziestu osobom stałą „pensję” miesięczną lub co dwa miesiące. Te wypłaty sięgały od stu do pięciuset tysięcy zł. Na owe czasy to nie były kwoty zbyt wielkie , ale bez nich tym ludziom trudno byłoby powiązać koniec z końcem. Z pieniędzy ulokowanych w banku w lipcu 1990 roku ufundowaliśmy sześciorgu dzieciom bardzo biednych rodzin wakacje w domu wczasowym w Sosnówce w Karkonoszach. W roku 1991 wydaliśmy blisko 30 milionów zł na dopłaty do rent i wspomaganie bezrobotnych i bezdomnych, na dofinansowanie stołówki parafialnej przy kościele św. Elżbiety, opłacenie obiadów dla dzieci w szkołach wrocławskich: Nr 58 i Nr 99, na lekarstwa i leczenie operacyjne w Szwecji, czy wreszcie na kupno i transport węgla dla biednej wdowy. Podstawą funduszu Fundacji były regularne składki pieniężne założycieli Fundacji. Głównym środkiem stałego dopływu pieniędzy były wpłaty darczyńców na konto bankowe i ofiary składane po niedzielnej Mszy św. w kościele św. Marcina. Poza tym owocne były wizyty u prezesów nowo powstałych na terenie miasta banków czy właścicieli różnych stoisk w domach handlowych Społem. Istniała także stała lokata wydzielonego kapitału i płynące z niej odsetki.

Najbardziej charakterystycznym i przynoszącym wiele satysfakcji działaniem w Fundacji z pewnością było coroczne organizowanie Wigilii dla bezdomnych. Angażowaliśmy się w to działanie ze świadomością wypełniania świętego obowiązku. Nie robiliśmy Wigilii dlatego, że trzeba to zrobić ubogim wspomaganym przez katolicką organizację. Chcieliśmy urządzić bezdomnym autentyczną wieczerzę wigilijną ipsa die, tak jak wszyscy inni w swoich domach. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ każdy wolontariusz, szczególnie nasze panie miały na głowie przygotowanie wigilii we własnej rodzinie. Udało się to w trzech pierwszych latach. Później już o znalezieniu sponsorów nie mogło być mowy, kwitowali mnie smutnym stwierdzeniem: „czasy się zmieniły, proszę księdza”. To prawda,czasy biedne są bliżej miłości. Pierwszą wieczerzę wigilijną Fundacja przygotowała dla bezdomnych i bardzo biednych o godz. 15: 00 dnia 24 grudnia 1989 roku. Duży wkład organizacyjny wnieśli członkowie prywatnej firmy „Retropol”. Pięknie przygotowali świąteczną salę na Wzgórzu Partyzantów i usługiwali ubogim przy stołach. Potrawy wigilijne przynieśli stali uczestnicy Mszy u św. Marcina. Na Wieczerzę przyszło 120 gości, w tym 12 dzieci z rodzin alkoholików. Obserwując jedzących byłem zdruzgotany, starsi czy dzieciaki nerwowo, ukradkiem zgarniali jedzenie: bułki, rybę, pierogi, sałatkę do kieszeni. Uspokoiłem to niesamowite bractwo obietnicą, że to, czego nie zjedzą teraz, będą mogli wziąć ze sobą, i rozdałem każdej osobie woreczki foliowe. Na zakończenie wszyscy zostali obdarowani przygotowanymi wiktuałami na święta Bożego Narodzenia. Dzieci dodatkowo otrzymały paczki ze słodyczami i zabawkami. Następną Wigilię urządziliśmy 24 grudnia 1990 roku w sali bankietowej hotelu „Wrocław”. Praca organizacyjna była dla nas łatwiejsza, bowiem całość sfinansowały „Kasyna Polskie”. Gości ubogich przyszło 140 osób, w tym 25 dzieci, byli elegancko obsłużeni przez kelnerów uroczyście ubranych. Być może ci ludzie wtedy po raz pierwszy poczuli się jak osoby godne i ważne dla innych. W rozmowie z dyrekcją hotelu prosiłem właśnie o to uszanowanie osoby ludzkiej. Wszyscy goście na koniec otrzymali paczki żywnościowe ofiarowane przez trzy oddziały spółdzielni PSS Społem we Wrocławiu. Zdarzył się też mały incydent. W czasie wieczerzy do drzwi hotelu zaczęła się dobijać grupa biednie (niechlujnie) ubranych mężczyzn. My chcemy na Wigilię – mówili. Pokonałem pierwszy opór obsługi i poprosiłem o osobny stół dla tych, niestety, pijaczków. Przełamałem się także z nimi opłatkiem, pomodliliśmy się i posiedziałem chwil parę wśród nich. Trudno było dłuższy czas wytrzymać, nie zdążyli wytrzeźwieć. Niektórzy nie wiedzieli, jak mają patrzeć na mężczyznę w sutannie, uciekali ze wzrokiem. Najedli się i poszli.
Trzecią Wigilię zorganizowaliśmy 24 grudnia 1991 roku w pięknej restauracji na szóstym piętrze Domu Towarowego Centrum. Gościliśmy 120 kobiet, mężczyzn i dzieci z rodzin bardzo ubogich, także moralnie. Sponsorowało w tym roku aż osiem firm, bo nikt się nie znalazł, aby w pojedynkę zafundować wieczerzę. Przy pożegnaniu każdy gość otrzymał po dwie paczki świąteczne. Cieszyła mnie ich radość, że i w święta nie będą głodować.

Fundacja Świętego Marcina istniała ponad 15 lat, formalnie do 2005 roku, choć trzeba powiedzieć, że najpiękniejsze lata, z wielką dynamiką wspólnotowego działania, to pierwsze pięciolecie. W drugiej pięciolatce było mniej ludzkiej energii i bodźców stymulujących. Potrzeby naszych „klientów” były mniej natarczywe w wołaniu o pomoc i zmniejszyła się ich liczba, ponieważ znajdowali pomoc społeczną organizowaną w gminach. Wrócił też czas pięknej ongiś działalności „Caritas Polska”. Ostatni okres naszej Fundacji charakteryzował się sporadycznymi wpłatami od wiernych sympatyków i wypłatami w nagłej potrzebie. Stałej pomocy udzielaliśmy dla kilku chorych i kalekich osób, czerpiąc z kapitału i z odsetek bankowych od lokaty kapitałów. W 2005 roku, gdy puste konto zgasło w banku, Fundacja zasnęła snem niepowracalnym. Pozostały dobre wspomnienia, wierna wzajemna pamięć i dobre myślenie umocnione podczas tej ciekawej przygody chrześcijańskiej. Praca wspólnotowa, jakby nadprogramowa, oprócz poznania różnych marginesowych środowisk i ubogich ludzi, dawała pogłębioną świadomość solidarności serc. Poszerzała także kręgi życia towarzyskiego, a doświadczenie wspólnej modlitwy i czynnej miłości bliźniego pozwoliło odczuwać to wszystko jako miłosierne dotknięcie Opatrzności. To z kolei niosło ze sobą pewność błogosławieństwa Bożego. W Fundacji Świętego Marcina chyba każdy z nas mógł powiedzieć każdemu z nas: dobrze, że jesteś.

Ks. Mirosław Drzewiecki

2011-06-09


Więcej