JAN PAWEŁ II:

Każdy musi być przygotowany

do tego, że stanie

przed Panem i Sędzią.


Rozwiń

NADZIEJA
Ks. Mirosław Drzewiecki

Wrocław, 13.12.2007r.

Kościół Serca P. Jezusa

 

N A D Z I E J A

Homilia na 26. rocznicę Grudnia ’81

(tekst autoryzowany)

 

Każę wytrysnąć strumieniom na nagich wzgórzach.
Zamienię pustynię na pojezierze, a wyschniętą ziemię na wodotryski.
Na pustyni zasadzę cedry, akacje, mirty i oliwki; rozkrzewię na pustkowiu cyprysy…
(Iz 41, 18-19)

Bracia i siostry, zobaczcie, jak ogromną Bóg ma wyobraźnię! Rozległe jest Boże oglądanie pustynnej ziemi i nieograniczona moc, aby przemienić ją na radosną drogę powrotu narodu wybranego z niewoli babilońskiej. Jest to wyobraźnia, do której człowiek nie dorasta. Ale tę rozległość widzenia Bóg ofiaruje człowiekowi. Bóg chce, aby i nasze oczy widziały dalej i więcej. Wyobraźnia dana jest człowiekowi, aby naśladował Pana Boga. Poprzez dar wyobraźni Bóg chce uzdolnić człowieka do nadziei. Ludzie małej wyobraźni nie mają nadziei. Krąg ich działania ogranicza się do ich własnych interesów. To nadzieja, wchodząc z wiarą i miłością w życie ludzkie, niebywale poszerza możliwości twórcze człowieka. Człowiek nadziei z wielką wyobraźnią wrażliwy jest na swoje i cudze błędy, bo każdy z nich może przynieść krzywdę ludzką. Historia Polaków upomina: tam, gdzie brakło wyobraźni, działy się wielkie tragedie, nasi przodkowie niemoc okazywali. Wielki wieszcz romantyczny, Juliusz Słowacki, wykpił swych ziomków:

„Szli krzycząc: Polska! Polska! […]

Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,

Spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”[1]

 

Nie wiedzieli, jakiej chcą Polski. Zabrakło im wyobraźni. Nie mieli również wyobraźni ci politycy, którzy 26 lat temu podpisywali dekret o stanie wojennym. Zabrakło im wyobraźni, by zobaczyć, że podpisują wyrok śmierci cywilnej na siebie. Nie dostrzegli, że wojna z narodem jest to ich bój ostatni.

A dzisiaj, kiedy patrzymy na odrodzoną Ojczyznę i obserwujemy, jak politycy, bracia z tej samej solidarnościowej macierzy, wyrywają sobie pałeczkę władzy, jak nastaje jeden na drugiego w sposób daleki od zdrowego rozsądku, byleby nie dopuścić do wyczyszczenia państwa z układów postkomunistycznych, cóż możemy powiedzieć w tym świętym miejscu?

Brakuje im wyobraźni! Tak właśnie ogranicza się narodowi przestrzeń nadziei.

 

Nasze czasy wołają o nadzieję! Świat spragniony jest nadziei. Zauważył to przenikliwy obserwator wiary w Kościele, Benedykt XVI, pisząc list okólny do wszystkich ludzi dobrej woli, encyklikę „Spe salvi” – Nadzieją zbawieni. Świat współczesny chory jest na beznadziejność. Narody spragnione są przyszłości z nadzieją.

Poeta francuski Charles Péguy w swoim o wyjątkowej piękności lirycznym poemacie na temat nadziei przypisał Bogu Stwórcy zastanawiające słowa:

„To, co mnie wprawia w podziw, rzecze Bóg – to nadzieja.

I nie mogę się jej nadziwić.

Tej małej nadziei, która ma wygląd takiego sobie nic.

Tej małej mej córce, nadziei.

Nieśmiertelnej. […]

Ta mała córeczka, takie sobie nic.

Ona sama, niosąc innych, przejdzie przez światy skończone”.[2]

Rzadko zauważamy nadzieję w sobie. Zastanawiamy się częściej nad naszą wiarą, pogłębiamy ją rozbudowując naszą wiedzę religijną, zaczynając od szkoły podstawowej. Dla rozwoju i umocnienia wiary budujemy nowe uniwersytety, otwieramy nowe fakultety. Zwołujemy międzynarodowe kongresy i sympozja na temat wiary. Życie wiary karmimy Bożą łaską, budujemy z niej drabinę do Nieba. Dużo także rozprawiamy o miłości, piszemy poematy miłosne. W ogromnym skarbcu epistolarnym najobszerniejszy dział stanowią listy miłosne. Dla miłości żyjemy, cierpimy męki serca, a nawet bywa, że chcemy dla niej umrzeć. A nadzieja przy tych wszystkich zabieganiach człowieczych stoi maleńka na końcu, albo ledwie zauważalna z boku.

A przecież w chwilach trudnych, gdy rozum zasnuwa się jakimś mrokiem i zapada się w nieważność, gdy stopy grzęzną w czarnym wsysającym błocie niepewności i strachu, ratunek przychodzi od strony nadziei. Właśnie ona staje na naszej drodze i zdolna jest nas poprowadzić dalej.

Nadzieja jest duchową rzeczywistością w nas. Odkrywamy ja w sytuacjach granicznych, życiowo krytycznych. Umie ona wyrosnąć tam, gdzie już nic nie rośnie. Doprawdy, czyż nasze życie nie zmusza nas do nieustannego przekraczania granic ludzkich niemożliwości?

Nadzieja jednak jest rzeczywistością nie do końca zrozumiałą. Jest w nas aż boleśnie dotkliwa, bo pragniemy nienasyceni, oczekujemy, spodziewamy się… A jednocześnie jest poza nami, przed nami. I jakże łatwo ja stracić! Wspomniany już polski poeta romantyczny w przepięknym liryku osobistym woła do towarzyszy, co „przed narodem niosą oświaty kaganiec”, zaklinając ich: „niech żywi nie tracą nadziei”[3], nawet, gdyby trzeba było głowę swą położyć dla sprawy. Znamy okoliczności tamtego czasu: Ojczyzna była w niewoli.

Kto stracił nadzieję, przegrał przyszłość. Nadzieja jest jutrzenką zmartwychwstania. Jest rosnącą zapowiedzią nowego życia.

 

„Niech żywi nie tracą nadziei”! W części praktycznej rozważań o nadziei, w swej encyklice, Ojciec św. mówi nam, skąd możemy czerpać nadzieję. Czytamy: „Pierwszym istotnym miejscem uczenia się nadziei jest modlitwa. Jeśli nikt mnie już więcej nie słucha, Bóg mnie jeszcze słucha. Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać, zawsze mogę mówić do Boga. […] Niezapomniany kardynał Nguyen Van Thuan, który spędził w więzieniu 13 lat, z czego 9 w izolacji, pozostawił nam cenna książkę: ‘Modlitwy nadziei”. Tam, w sytuacji wydawałoby się totalnej desperacji, słuchanie Boga, możliwość mówienia do Niego, dawały mu rosnącą siłę nadziei, która po uwolnieniu pozwoliła mu stać się dla ludzi całego świata świadkiem nadziei – tej wielkiej nadziei, która nie gaśnie nawet podczas nocy samotności”.[4]

Czujesz w sobie beznadziejność naszych czasów? Widzisz nonsens walki politycznej wewnątrz formacji prawicowej, solidarnościowej? Spostrzegasz, jak chrześcijanie zajęci dobieraniem się do władzy doczesnej odbiegają od wymagań postulatów Wieczności? Zacznij się modlić! Modlitwa jako wołanie do Boga, który przecież ma doskonałą i rozległą wyobraźnię, odpowie ci strumieniem uzdrawiającej twe serce nadziei.

 

Drugim źródłem nadziei, jak mówi ojciec św. Benedykt, jest sytuacja cierpienia. Nie lubimy cierpieć, uciekamy od cierpienia, płacimy spore pieniądze lekarzom, aby nas wyzwolili od cierpienia. Trwonimy nieraz kawał życia, by wyzwolić się od bólu, od złego samopoczucia, od chorób, aż wreszcie w starości zauważamy zmizerowani, że poza tą krzątaniną i uciekaniem od cierpienia nic już nie pozostało. Pustka! Ojciec święty poucza: „Nie unikanie cierpienia, ani ucieczka od bólu, uzdrawia człowieka, ale zdolność jego akceptacji, dojrzewania w nim, prowadzi do odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością. […] Ta zdolność do cierpienia zależy jednak od rodzaju i od miary nadziei, jaką nosimy w sobie i na jakiej budujemy.”[5] Jeśli więc umiesz jednoczyć się z Jezusem cierpiącym, dotrzesz też do zmartwychwstania. To jest prawdziwie wielki blask chrześcijańskiej nadziei.

 

Drodzy, wspominając ten niechlubny dzień 13 grudnia 1981 roku, nie dopuśćmy do tego, byśmy mieli zapomnieć o przyszłości, do której prowadzi chrześcijańska nadzieja. Dziś, gdy patrzymy na to, co działo się 26 lat temu i później, nie czujemy już bólu, wielu z nas uporało się z pragnieniem zemsty, wielu z nas gotowych jest przebaczyć sprawcom, jeśli zdobędą się na szczere przeproszenie, ale na pewno wszyscy czujemy wielki niesmak, gdy patrzymy na nich, żyjących między nami i dobrze się mających. Na tę „sprawę smaku” wskazał nam poeta Zbigniew Herbert. Komuniści układali się przy okrągłym stole, bo liczyli na chrześcijańską grubą kreskę, a następnie rozkradli majątek narodowy. Owszem, wzbogacili się kosztem innych. Owszem, pozakładali sobie konta w bankach szwajcarskich. Owszem, zabarykadowali się w układach niełatwych do ruszenia przez wymiar sprawiedliwości. Ale kimże oni są wobec Boga? Kimże są dla człowieka uczciwego? Co można o nich pomyśleć? To są ludzie bez wyobraźni! O każdym z nich Mickiewicz wyprorokował: „Takie widzi świata koło, / Jakie tępymi zakreśla oczy.”[6] A kiedy zechcemy zapytać, jaką gotują sobie wieczność, to dreszcz zgrozy przechodzi nam przez plecy. To są ludzie bez nadziei!

 

Bracia i siostry, niech się nam nie marzy taka moralność bez wyobraźni i taka - bez nadziei - przyszłość. Jeszcze raz posłuchajmy najświeższego nauczania płynącego ze Stolicy Apostolskiej, na której nie tak dawno zasiadał nasz wielki Rodak: „W nadziei już jesteśmy zbawieni. […] Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu dane nowe życie”.[7]

Nadzieję wlewa nam w sumienia i w serca sam Stwórca: „Ja, Pan, twój Bóg, ująłem cię za prawicę mówiąc ci: Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą(Iz 41, 13).

 

Moi drodzy, dziś, 13. grudnia, od wieków towarzyszy chrześcijanom święta Łucja, dziewica i męczennica, która życie swoje zawierzyła Bogu. Jej mordercom wydawało się, że zapanowali nad nią, bo odebrali jej życie. Nie odebrali! Ona ofiarowała je sama swemu ukochanemu Bogu. Czyż to nie jest światło nadziei płynące z Nieba? Światło tak bardzo potrzebne nam i naszej Ojczyźnie. Niech nas zawsze zachwyca wielka wyobraźnia Boga. W niej możemy spodziewać się  nawet najbardziej niemożliwego dobra. Amen.

 

 

 

 

 



1 Juliusz Słowacki, Przypowieści Charles epigramaty, XXXV, Charles. 1-6.

2 Charles Péguy, Nadzieja, [w:] Poezje, PAX, Warszawa, 1978, s. 44.

3 Juliusz Słowacki, Testament mój, Warszawa, 1989, s. 63.

4 Benedykt XVI, Spe salvi, 32, Rzym, 30 listopada 2007r.

5 ib.37 i 39.

6 Adam Mickiewicz, Oda do młodości, [w:] Wiersze, Czytelnik, Warszawa 1959, s. 71.

7 Benedykt XVI, ib., 1 i 2.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


2007-12-19


Więcej