JAN PAWEŁ II:

Każdy musi być przygotowany

do tego, że stanie

przed Panem i Sędzią.


Rozwiń

KOŚCIÓŁ Z NARODEM
Wrocław, 12.12.2006 r.
Kościół Najśw. Serca P. Jezusa

KOŚCIÓŁ Z NARODEM
(tekst autoryzowany)

Śpiewajcie Panu, sławcie Jego imię.
(Ps 96, 2)
Adwent. Tak samo było przed ćwierćwieczem, gdy „władza ludowa” wydała wojnę swojemu narodowi. Dziś wspominamy, przypominamy i próbujemy na nowo zapamiętać. Noblista Miłosz nauczył nas, że poeta pamięta. Poeta pamięta, chociażby wszyscy inni zapomnieli. Wrocławski literat Lothar Herbst, który młodo zszedł z tej ziemi, internowany i nękany przez SB, przeżywał bardzo głęboko poniżenie człowieka przez władzę, które rozpoczęło się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Swój ból i bunt przekuwał na poetyckie znaki pamięci. Mają one wartość bolesnego świadectwa:
Za rozbijanie naszych domowych
drzwi, za bicie po twarzy, zakuwanie
w kajdanki, krzyk dzieci,
płacz matek i żon –
nie będzie przebaczenia. (…)
Za krew i rany, za ból i łzy, za kłamstwa i oszczerstwa,
za gniew i brak nadziei –
nie będzie przebaczenia.
I za Polskę więzienną,
za zniszczenie sierpniowych idei, (…)
nie będzie przebaczenia.

Dzisiaj widzimy to inaczej, bo spłynęła pierwsza fala złych uczuć oddających złem za zło; bo przeżyliśmy wielką narodową katechezę Jana Pawła II. Ale wtedy, zamknięci w „internatach” i więzieniach pośród zwykłych złodziei i bandytów, ten bunt zapiekły - nie będzie przebaczenia - musiał się wyzwolić z głęboko urażonej dumy. Poczucie wielkiej ludzkiej krzywdy, która spadła znienacka jako WRONa, jako stado wściekłych, pijanych wron, wyzwalało z tysięcy serc krzyk sprzeciwu. Wielu nawet pytało bezradnie w tej ciężkiej godzinie próby: gdzie jest Bóg? Trzeszczały zbyt słabe fundamenty ich wiary.
Tymczasem Bóg zawsze był i jest z tymi, którzy cierpią, z krzywdzonymi i zniewolonymi. Zawsze był, zawsze jest, bo to Bóg przychodzący - Adventurus. I to właśnie ten Bóg, podobnie jak dzisiaj słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, wołał do Kościoła: Pocieszcie, pocieszcie mój lud! (…) Przemawiajcie do serca (…) i wołajcie do niego (…) Podnieś mocno twój głos, zwiastunko Dobrej Nowiny! Podnieś głos, nie bój się! (Iz 40, 1-2.9).
Kościół usłyszał, bo współcierpiał z Narodem. Pierwszy zaczął interweniować Ojciec św. Jan Paweł II. W niedzielę ogłoszono stan wojenny, a w piątek na biurku generała - autora pacyfikacji Narodu - już leżał list z Watykanu: Wydarzenia ostatnich dni, wiadomości o zabitych i rannych Rodakach, w związku ze stanem wojennym wprowadzonym od 13 grudnia nakazują zwrócić się do pana generała z usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem do zaprzestania działań, które przynoszą ze sobą rozlew krwi polskiej (…) Zwracam się do pańskiego sumienia, Generale… Wielokrotnie i na różne sposoby podnosił Ojciec św. swój głos w obronie Polaków, a przede wszystkim nie ustawał w modlitwie. Jego działania dyplomatyczne opierały się na gorącym błaganiu, kierowanym do Boga przez serce Maryi, Pani Jasnogórskiej: Matko mojego narodu – bądź z nami. Bądź z nimi, z uwięzionymi, skazanymi na przymusowe odosobnienia bez sądu. Wszak pamiętasz, że Ty sama również byłaś uwięziona. Został kiedyś uwięziony Twój Jasnogórski obraz na szlaku nawiedzenia po Polsce. Ale wyszedł na wolność. Matko błagam Cię, aby wyszli na wolność wszyscy, którym tę wolność niesłusznie odebrano.
Wielka aktywność Jana Pawła II w obronie Ojczyzny i krzycząca krzywda, która się działa na naszych ulicach były dopingiem dla każdego człowieka sumienia, by nie siedzieć z założonymi rękoma. Tym się tłumaczy fenomen tysięcy uczestników we Mszach św. za Ojczyznę w całym kraju. Kościół w Polsce oddolnie przez duszpasterzy aktywizował społeczeństwo do niezgadzania się na tę narodową krzywdę. Przy świątyniach spontanicznie powstawały komitety charytatywne pomagające pokrzywdzonym. Księża towarzyszyli studentom i robotnikom, gdziekolwiek strajkowali, obecni byli na rozprawach sadowych, odwiedzali internowanych, a przede wszystkim modlili się w parafiach i rozpalali ducha patriotyzmu słowem kaznodziejskim. To było wlewanie do serc nowej nadziei. Tak stał Kościół katolicki razem z polskim Narodem! Nie było łatwo, a każdy, świecki katolik czy ksiądz, protestujący przeciw komunie odczuwał boleśnie ciężar stanu wojennego na własnej skórze. Koledzy czasem pytali: Mirek, nie boisz się idąc na ambonę? - Odpowiadałem: boję się idąc, a jeszcze bardziej wracając. Tajniacy czekali tuż za drzwiami katedry. Ale miałem wciąż w sercu słowa mojej matki: Mirek, ty nie możesz nie mówić tych kazań!
Drodzy moi, dziś z perspektywy 25 lat możemy z całą pewnością powiedzieć: w tym nieludzkim czasie Bóg nas nie opuścił. Bóg był z nami i działał posługując się swoimi wiernymi sługami. Dlatego właśnie zaczynamy te „obchody pamięci” od Eucharystii, czyli od dziękczynienia Bogu za Jego obecność, za Jego opiekę nad nami. Wzmacniamy się zachętą psalmisty: Śpiewajcie Panu, sławcie Jego imię! Najpierw przekonaliśmy się w stanie wojennym, że komuna nie ma ludzkiej twarzy i nie można jej zreformować. Socjalizm jest niereformowalny, to – jak podpowiada Pan Cogito - potwór we mgle, jest jak ogromna depresja / rozciągnięta nad krajem, ma jedynie ogromny pysk nicości. Już po miesiącu czasu Polacy przestali się bać. „Solidarność” wpędzona do podziemia pozwoliła na spotkanie pokolenia młodego ze starszymi działaczami wolnościowymi. Przybyło naszej solidarności nowej, młodej krwi. Stworzyliśmy w stanie wojennym nowe więzy społeczne, bliskie, nieformalne, ewangeliczne. Jeden drugiego brzemiona noście (Ga 6,2)- tego nas uczył przez cały czas Jan Paweł II. Świadczą o tym, obok do dziś działających komitetów charytatywnych w całej Polsce, Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Pamiętamy, jak biegaliśmy od kościoła do kościoła, by nie stracić cennych wykładów ku pokrzepieniu serc i porządkowaniu umysłów. Wystawy, koncerty w świątyniach. Teatry, sztuki wystawiane w domach, w kościołach, na wsiach – wszystko to stanowiło wielką solidarność kulturotwórczą. Wydawnictwa bez debitu, biuletyny, ulotki, znaczki, tomy poetyckie, białe kruki ściągane z Zachodu i odbijane na powielaczach w naszych piwnicach. Wtedy odkrywaliśmy naszą odwagę, poznawaliśmy poprzez niewolę smak wolności. Uświadomiliśmy sobie, że „wielki brat” to kolos na glinianych nogach. Poznaliśmy prawdziwą przyjaźń i pomoc ludzi z Zachodu. To jest najbardziej chyba praktyczny wyraz dobra tamtego trudnego czasu. Tak więc: Śpiewajmy Panu, sławmy Jego imię!
Trzeba jeszcze wspomnieć o owocach duchowych stanu wojennego. Jednym z pierwszych i najbardziej radujących wtedy była Msza św. radiowa. „Solidarność” ją wywalczyła dla Narodu.
Opowiadał mi pewien internowany, szanowany we Wrocławiu człowiek, dyrektor wielkiej, kulturalnej instytucji w naszym mieście, jak uczył w „internacie” młodych robotników pobożnie uczestniczyć w niedzielnej Mszy św., właśnie radiowej. Tak odradzała się wiara w młodych ludziach. Czyż to nie piękny owoc czasu wojny jaruzelskiej?! Śpiewajcie Panu, sławcie Jego imię!
A jeżeli dodamy do tego spektakularne rzucanie legitymacji partyjnych do kropielnicy w świątyniach po pacyfikacji kopalni „Wujek” czy na wieść o zamordowaniu ks. Popiełuszki?... Jedynie Pan Bóg zna te naszeptywane do ucha kapłańskiego tajemnice nawrócenia serc robotniczych w konfesjonałach na strajkach, czy zwycięskie zmagania duchowe intelektualistów. Bóg nie tylko był z nami, Bóg zwyciężał w nas! Śpiewajcie Panu, sławcie Jego imię!
Wielką rolę odgrywały w tym czasie duszpasterstwa specjalistyczne. Robotników formował śp. o. Adam, jezuita przy Al. Pracy. Przyszłych urzędników państwowych i samorządowych wychowywał o. Ludwik Wiśniewski u dominikanów. Śp. ks. Aleksander Zienkiewicz, korzystając z pomocy ks. Andrzeja Dziełaka, całe swe moce duchowe przelewał do serc i umysłów studentów, przyszłych lekarzy i inżynierów, „Pod Czwórką”. Słynny Brat Orzech urabiał prawe i pewne sumienia „Wawrzynów” i prowadził tysiące pielgrzymów dolnośląskiej ziemi do tronu Królowej Polski na Jasną Górę. Młodzież artystyczna wspólnie ze swymi nauczycielami i dojrzałymi twórcami poznawała religijne inspiracje tworzenia pod skrzydłami Duszpasterstwa Środowisk Twórczych na Ostrowie Tumskim. W roku 1983 plastycy i literaci wrocławscy przygotowali sympozjum i wystawę „Droga i Prawda” na cześć Jana Pawła II we Wrocławiu, a muzycy i aktorzy przywitali Ojca św. na Partynicach pięknym spektaklem patriotyczno-religijnym. Z nimi brałem udział w tej ogromnej radości jako komentator na stopniach pięknego ołtarza z Chrystusem zmartwychwstałym górującym nad zapełnionym ludźmi hipodromem. Jest za co Bogu dziękować! Śpiewajmy Panu, sławmy Jego imię, rozgłaszajmy Jego cuda pośród naszego Narodu! On przemienił ponurą noc stanu wojennego na zwycięski dzień radości. Przyszliśmy dziś dziękować, mówić o wydarzeniach bosko-ludzkich, wspominać i budować na nowo społeczną pamięć.
Jednakże nasz czas, który przeżywamy po 25 latach, nie jest czasem pokoju. To jest czas wielkiej próby. Łatwo było kiedyś opierać się dobrze rozpoznawalnemu czerwonemu wrogowi. Trudniej jest dzisiaj rozpoznać autentycznego wroga Narodu i Kościoła. Brak dekomunizacji sprawił, że dawni władcy państwa, po chwilowym przycupnięciu w cieniu, sprywatyzowali dosłownie sobie majątek narodowy i przemalowali się na kapitalistycznych liberałów. Co więcej, z nimi sprzymierzyli się nowi krypto libertyni pod płaszczykiem haseł demokratycznych, którzy najpierw szli z katolickimi robotnikami w „Solidarności”, a po zwycięstwie zaczęli rzucać obelgi przeciwko Kościołowi. Nagłaśniany prymitywny antyklerykalizm niektórych działaczy, którzy w stanie wojennym ukrywali się pod skrzydłami Kościoła, dziwił i gorszył uczciwych patriotów. Obserwowaliśmy to także u nas, we Wrocławiu. Podkopano wszelkie autorytety, z Bożym na czele: religia to twoja prywatna sprawa. Lansowane hasło „demokracja” zaczęto używać jako klucz otwierający wszystkie zakazy. Zaczęła się praktyka szukania luk prawnych i moda na łamanie norm moralnych – dlaczego? – bo mamy demokrację! Wszelką swawolę tłumaczy się do dziś demokracją, wolnością osobistą i prawami kapitalistycznego rynku. Kto sprytniejszy, ten lepszy! W szkole mówi się o demokratycznych prawach ucznia, a nie słychać o obowiązku przyzwoitości i grzeczności ucznia! Permisywizm moralny, czyli niewidzenie obiektywnej granicy między dobrem a złem, szukanie tylko korzyści dla siebie - a więc zaprzeczenie solidarności - to jest właśnie największe niebezpieczeństwo ideologiczne, które podsuwa nam nowy wróg. Niebezpieczeństwo tym groźniejsze, że uderza w ludzkie słabości, rozkłada człowieka od środka. Młody człowiek jest bezradny wobec naporu pokusy. Kasa, jakkolwiek zdobywana, staje się fetyszem „niebodajnym”, wypędzającym młodych na obczyznę. Ze wzruszeniem czytam wiersz sprzed pół wieku starego poety – emigranta tęskniącego do Ojczyzny:
Jedna jest Polska, jak Bóg jeden w niebie.
Wszystkie me siły jej składam w ofierze
Na całe życie, które wziąłem z ciebie,
Sam do ciebie, Ojczyzno, należę.
Powiedzcie mi, który nauczyciel zacytuje dziś w klasie ten Hymn Polaków na obczyźnie? Kto się odważy mówić o patriotyzmie, o miłości Ojczyzny?... I tu wyłaniają się zadania na dziś, 25 lat po wybuchu wojny jaruzelskiej. Radość zwycięstwa nie zdejmuje z nas ciężaru budowania naszego wiernego świętym tradycjom i nowoczesnego domu ojczystego. To musi być piękna, odnowiona Rzeczpospolita! Jedna jest Polska, jak Bóg jeden w niebie. Amen.


2007-01-18


Więcej