JAN PAWEŁ II:

Każdy musi być przygotowany

do tego, że stanie

przed Panem i Sędzią.


Rozwiń

O mnie




DZIELIŁY NAS TYLKO GÓRY
  
Dzieliły nas tylko góry.

Wywiad Violletty Nowakowskiej z ks. Mirosławem Drzewieckim.


            Parafia p.w. Matki Bożej Częstochowskiej przy ul. Kochanowskiego położona jest na skraju starego parku tuż za mostem Szczytnickim. Wchodząc po schodkach  na plebanię, łapię się na tym, że czuję radość, ale mam też tremę przed tym spotkaniem po latach. Ksiądz Mirosław Drzewiecki - Emir - który przeszedł do historii jako duszpasterz studentów i środowisk twórczych, założyciel Katolickiego Radia Rodzina i kaznodzieja wygłaszający płomienne kazania patriotyczne był kiedyś moim szefem i stał się... mimowolnym sprawcą pierwszej napisanej przeze mnie książki.
            Był rok ‘95. Czytane na antenie radia opowiadania dla dzieci Małgorzaty Musierowicz cieszyły się wielkim powodzeniem. Kiedy cykl się skończył rozdzwoniły się telefony od zawiedzionych przedszkolaków i ich rodziców. Na próżno szukałam czegoś do kontynuacji, co spełniałoby oczekiwania moich radiosłuchaczy (chodziło dokładnie o pierwszaki i dzieci z zerówki) Trafiłam jedynie na "Piotrusia Zucha", który był jednak zbyt mocno osadzony w realiach minionej, socjalistycznej epoki.
- Nie znalazłam nic odpowiedniego - poskarżyłam się księdzu dyrektorowi przy okazji ustalania ramówki.
- Masz przecież dziecko w tym wieku. Sama coś napisz - machnął ręką zniecierpliwiony, że zawracam mu głowę taką bzudrą.
- Ja? - zdziwiłam się (zajmowałam się "dorosłym" informatorem kulturalnym, audycje dla dzieci to była tylko "przystawka") Przecież to zupełnie różne działki.
- A, tam - machnął ręką. - Wielkie rzeczy! Napisz.
Ks. Drzewiecki mógł sobie pozwolić na taką nonszalancję. Cóż dla niego znaczyło napisać... "Wielkie rzeczy, pisanie"... Do historii miasta przeszła anegdota o tym, że jeśli ktoś ze znaczniejszych postaci w Kościele wygłosił zaskakująco dobre kazanie, natychmiast znajdował się złośliwiec, który komentował: "za dobre, pewnie Drzewiecki mu pisał".
            Stojąc na schodkach powtórnie nacisnęłam dzwonek. Machinalnie przetarłam dłonią lśniące okładki obu książek, które przyniosłam w prezencie. "Jestem Jonatan" i "Których spotkałam..." Pierwszą animował ks. Drzewiecki, druga była jedną z moich opowieści o Orzechu. Orzech... Po to tu przyszłam.
            Emir i Orzech studiowali na jednym roku w seminarium, a potem równolegle na KUL-u, zjedli razem beczkę soli. Mocno ze sobą zżyci odwiedzali się też w swoich rodzinnych domach.
We Wrocławiu jednakowo byli wzywani milicyjnie lub zabierani szarą wołgą na przesłuchania na Podwalu, czy też stawali przed obliczem szefa na Katedralnej. Miałam nadzieję, że ks. Drzewiecki zechce mi o tym wszystkim opowiedzieć...
            Za drzwiami usłyszałam kroki. Westchnęłam i w myśli poprosiłam o pomoc Ducha Świętego. Pomoc zawsze się przydaje, a dziś przyda się szczególnie. Tym razem przyszłam tu po to, by spisać prawdziwie "Wielkie Rzeczy".
Początek tej opowieści...
- Co to za projekt?
- Czterdziestopięciolecie kapłaństwa Orzecha. Książka o Orzechu bez Orzecha.
- To tytuł?
- Nie, tytuł jest "Orzechowy plon".
- (zamyślenie) "O Orzechu bez Orzecha" bardziej mi się podoba. Brzmi lepiej - intrygująco.
- Musi zostać "Orzechowy plon”, bo to zmierza do takiej konkluzji, że życie Orzecha to klęska urodzaju. Bo jemu to wszystko... wymknęło się już spod kontroli.
Ksiądz Drzewiecki patrzy na mnie uważnie.
- Co mu się wymknęło?
- Wszystko. Ilość ludzi, których przyprowadził do Pana Boga. O wielu nawet nie wie. Wymknęła mu się liczba studentów, którymi zawiaduje. Ilość działań. Usłyszałam opowieść kogoś, kto przyszedł na chrzest, zaprosił gości, a...
- ...Orzecha nie ma! (śmiech)
- Tak. Bo on już tego nie ogarnia. Ale ci, którzy o tym mówią, wcale na niego nie psioczą. Wymknęła mu się ilość zajęć i czas, który poświęca ludziom, czego następstwem są również wymykające się spod kontroli emocje. Dużo różnych rzeczy. Ale to go w żaden sposób nie umniejsza. Ktoś mądry powiedział to już przede mną, że miarą człowieka są te czyny, do których jesteśmy zdolni. A słabość nie umniejsza wielkości...
- Jeśli ktoś jest wielkością.
- Właśnie. A moim zdaniem Orzech jest.
- No, myślę! Sądzę, że całe nasze miasto się pod tym podpisze. Więcej nawet niż miasto. Orzech to firma! To jest bezdyskusyjne. Jest wielkością. Jest osobowością. Jest Kimś w tym mieście. Tylko ktoś taki, kto abolutnie nie chce myśleć o Kościele i o Panu Bogu, może nie wiedzieć o Orzechu. Ale o nim wiedzą wszyscy. Studenci, licealiści i gimnazjaliści i stare konie z „Wawrzynów” czy spod "Czwórki", sąsiedniego duszpastertwa. Tak... - ks. Drzewiecki znów zamyśla się na chwilę - tu może być początek tej opowieści...
Orzech nie jest puszysty.
Trzeba zacząć od tego, że razem studiowaliśmy w seminarium. Ten sam rocznik, jeśli chodzi o święcenia kapłańskie. Najpierw sześć lat razem w seminarium, a potem byliśmy nie tak daleko od siebie. Po święceniach Orzech był u św. Barbary w Nowej Rudzie, w środowisku górniczym, a ja byłem w Kudowie, zupełnie blisko, żabi skok. Czy w seminarium "skumplowaliśmy się"? No pewnie, że byliśmy kumplami. Czy szybko się odnaleźliśmy? Tak, całe sześć lat temu służyło. Od początku Orzech przeżywał seminarium dramatycznie, okazało się, że jest chory. Musiał się leczyć i musiał się… ukrywać. Bardzo chciał być księdzem i swą chorobę trzymał w tajemnicy, inaczej kazano by mu opuścić seminarium. Nikt z chorym człowiekiem nie chce się umawiać na całe życie. Postanowił ukrywać stan swego zdrowia aż do momentu wyleczenia. I rzeczywiście, dzięki Łasce Bożej, swej silnej woli i skutecznej pomocy dobrych lekarzy, wyzdrowiał. Potem jeszcze długie lata brał leki, które powodowały jego „przyrost nadnaturalny” - jak kpilismy w żywe oczy. Myślę, że Orzech nie jest puszysty, raczej jak u Wyspiańskiego: „chłop potęgą jest i basta!”.
 
Był bardzo lubiany.
Jak się kumplowaliśmy? Zwyczajnie. Mieszkanie w seminarium dawało wiele okazji do przebywania razem w różnych grupach. Na przykład: obok siebie na wykładach, w ławach w kaplicy, przy długich stołach w refektarzu. Oczywiście, bardzo wiązało ludzi ze sobą mieszkanie w kilkuosobowych pokojach. Pamiętam, że na pierwszym roku mieszkaliśmy w salach po 10 osób. Pokoje zmieniane były co semestr, dawało to możliwość poznania się z wieloma kolegami.
 Nie zdawaliśmy razem egzamminów, bo on był na "O". Z tego powodu częściej zdawałem z ks. Michałem Chłopowcem, który obecnie jest profesorem we wrocławskim PWT,  z ks. Janem Choroszym (niestety, już ś. p.), który był profesorem na PWT i na uniwersytecie w Sztrasburgu we Francji. Obaj byli na "C", czyli w alfabecie tuż przede mną. Za mną był jeszcze wspaniały kolega ks. Franciszek Głód, obecnie wykładowca na PWT i wielki dobroczyńca ludzi głodnych i bezdomnych. Trzymaliśmy się razem i razem robiliśmy dużo rzeczy. Dobrych i złych. To był pamiętny, dynamiczny rocznik, ale pod szczęśliwą gwiazdą. Proszę sobie wyobrazić, z naszego roku na dalsze studia ks. Rektor Latusek wysłał ośmiu księży, jeden nawet otrzymał sakrę biskupią w obrządku grecko-katolickim. Podczas różnych pielgrzymek, na przykład na Górę św. Anny, czy w Kotlinę Kłodzką lub na Jasną Górę, wszędzie trzymaliśmy się razem. To nie znaczy, że separowaliśmy się, każdy z nas miał jeszcze innych bliskich kolegów. Orzech był bardzo lubiany na roku.


Z nim można było konie kraść.
Jakie złe rzeczy robiliśmy? (śmiech) Pamiętam kiedyś był dzień skupienia w seminarium. Polega to na tym, że w całym domu jest cisza. Nie rozmawia się. W ciszy spożywa się posiłki, choć oczywiście jest modlitwa głośna, ale poza tym takie smętne snucie się po korytarzach i ścieżkach ogrodu. Był z nami ojciec Kamiński, też już nieżyjący i niezwykle świątobliwy kapłan, który nas obserwował i prowadził dla nas konferencje. My byliśmy jeszcze wtedy "portugalią" czyli społecznością w portkach, bez sutann. I po jednej konferencji, bardzo pobożnej i męcząco mądrej i długiej, cała nasza grupa ruszyła na podwórko seminaryjne, gdzie jest niewielka górka zwana przez nas „Olimpem”. Zaczęliśmy stamtąd zjeżdżać na sankach - bez sanek i pamiętam tylko tę naszą niebotyczną radość z tej zabawy i ojca duchowego, który zamknął oczy i zgorszony mówił pod nosem, cicho do siebie: "Jezus, Jezus..." Być może walczył ze sobą, czy nas pogonić z tej górki, czy nie, ale w końcu zostawił, bo też, my - spryciarze - tarzając się w tym śniegu do upadłego, zjeżdżając i ustawiając w kolejce do następnego zjazdu, słowem, wariując nieprzeciętnie, nie złamaliśmy żadnego prawa, bo robiliśmy to wszystko absolutnie bezgłośnie. Bawiliśmy się w idealnej ciszy. Orzech był bardzo dobry do tych spraw. Z nim można było konie kraść.


Ciągnęło go, jak nie wiem...
Ktoś kiedyś użył bzdurnych lecz dowcipnych określeń, "plusy dodatnie" i "plusy ujemne". To bardzo pasuje do Orzecha, bo on miał właśnie trochę takich plusów ujemnych. Przykłady? Proszę bardzo. W seminarium palenie papierosów, a tym bardziej - nie daj Boże – nałogowe zaciąganie się, było nie do pomyślenia. Palacze musieli się ukrywać za budynkiem archiwum, gdzie mieszkał biskup Wincenty i czasem z okna dekonspirował ich, ale zawsze z uśmiechem. Rektor, biskup Latusek tępił palaczy. Wyczuwał ich na odległość, podchodził do delikwenta, brał za klapy i patrząc w oczy mówił: „kurzy, kurzy? Może chce wracać do mamy?...” Orzech postanowił oduczyć Michała palenia raz na zawsze. - Co to ma być - mówił - palący ksiądz!? Do czego to podobne! Zabrał się do tego - jak to Orzech - metodycznie. Żeby nie być pustym moralizatorem postanowił to przeżyć. (śmiech) I tak Orzech... zaczął palić. Michał przestał, a Orzech palił. Ciągnęło go, jak nie wiem... Miał z tym kłopoty jeszcze po święceniach, na pielgrzymkach. Nakazywał niepalenie, ale nie jestem pewien, czy ze stuprocentowym przekonaniem. Miał z tym trudności.


 Odpowiadałem „tak” i była wieka radość.
Rozrabialiśmy. Czy umiarkowanie? Nie zawsze, ale za to bez przekraczania granic. Orzech nigdy nie był draniem, natomiast zawsze był i jest człowiekiem ogromnego poczucia humoru. Umie zobaczyć małe rzeczy, które śmieszą, a co najważniejsze, najpierw zawsze widzi je w sobie. Nie zauważyłem, żeby ośmieszał kogoś, ale z siebie śmiał się nieustannie. Był bardzo lubiany, a moja mama za nim przepadała. Bo na jubileusze naszych rodziców jeździliśmy wspólnie. Ja bywałem u Orzecha, on był u mnie, kiedy moja mama i tata obchodzili trzydziestolecie małżenstwa. Gdzie? W Kostrzy koło Strzegomia - to mój dom rodzinny. Kiedy mówiłem, że przyjeżdżam z kolegami, mama zawsze tak samo pytała: "A Stasiu będzie? A Misiu? Franiu też?" (Jasiu nie odwiedzał mego domu). Odpowiadałem „tak” i była wieka radość.
 
Orzech – wiadomo, nie trzeba było wymyślać.
A skąd się wziął „Emir”? - Stąd co i „Orzech”. Obie ksywy pojawiły się dopiero w duszpasterstwach akademickich. Moja u księdza Zienkiewicza – „Wujka”. Dobrym moim kolegą był wówczas ks. Adam Dyczkowski, późniejszy biskup. Jeździliśmy razem na obozy, ale że to przecież była komuna, więc nie można było się zdradzić, że obóz jest pod patronatem Kościoła. Nawet fakt, że tam jest ksiądz należało trzymać w tajemnicy. Biskup miał swoją ksywę „Harnaś”, a jak ja przyszedłem do C.O.D.A., studenci wymyślili mi tego Emira, bo w listach podpisywałem się Mir... Ktoś machnął ręką - eee, Mir... I tak zostało. A „Orzech”? – wiadomo, nie trzeba było wymyślać.
 Kilka doktoratów.
Orzech zaczął swoje wawrzynowe działanie w latach siedemdziesiątych. Wrócił z KUL-u w ‘72. roku. Rozpoczął jako duszpasterz akademicki i jednocześnie jako duszpasterz rodzinny. Jego zajęcie się rodziną wynikało stąd, że studiował teologię praktyczną, duszpasterstwo rodzinne na KUL-u. I pisał doktorat. No, miał napisać, ale myślę, że przy jego zajęciach, to musiałby ktoś zredagować. Słuchać, co on mówi, spisywać i układać w rozdziały…  Poza tym, gdyby tak zebrać jego nauki, jakie dawał i daje narzeczonym na temat małżeństwa, miłości, odpowiedzialności i wszystkich związanych z tym tematów, to już mielibyśmy kilka doktoratów.


On mówi całym swoim życiem.
Orzecha kojarzą wszyscy głównie z naukami przedmałżenskimi, z dialogami małżonków, z żywym duszpasterstwem. I pięknie, ale ta mocna działalność też czasami powoduje, że Orzech nie we wszystkch proboszczach ma przyjaciół. Dlatego, że bardzo często do kancelarii przychodzą ludzie i mówią: „my chodzimy do Orzecha”. Proboszcz pyta: "czy wy jesteście studentami?" "Nie, ale byliśmy kiedyś". Przychodzą czasami z dziećmi, a niekiedy te dzieci też są niemal w wieku studenckim. A oni cały czas "chodzą do Orzecha". I zdarza się, że jest zatarg, bo ci ludzie nie uczestniczą w życiu własnej parafii, są tam nieobecni. Ale do kancelarii przychodzą, bo DA nie jest urzędem. Tak więc Orzech nie tylko miał swoich wrogów w ubecji, gdzie mu ciągle dokuczali i w stanie wojennym wozili go na przesłuchania szarą wołgą. Raz go zwinęli w komży. Nawet teraz śmiać mi się chce, gdy sobie pomyślę, jak zabawnie musiał wyglądać  siedząc w białej, wykrochmalonej komży w ubeckiej wołdze. SB czy UB - to był wróg naturalny, wspólny. A oprócz tego Orzechowi przyglądają się i przysłuchują słuchacze wymagający, którzy komentują niezbyt pozytywnie poziom jego kazań czy konferencji. Bo on przy swojej wielozadaniowości i ciągłym niedoborze czasu niekiedy liczy na to, że będzie gadał z serca, i to ma wystarczyć… Jakkolwiek by mówił, gdy się zna go dłużej, nie sposób tego nie przyjąć, bo on „mówi” swoją osobowością. Nie jest tak, że Orzech mówi zawsze pięknie - wcale nie zawsze. Że zawsze mądrze - też nie. Natomiast to, co daje się zauważyć dopiero po pewnym czasie to fakt, że on mówi sobą - tym kim jest i tym co robi - całym swoim życiem.
Człowiek, od którego czerpią garściami ci, którzy przy nim są.
Obserwowałem studentów, którzy znaleźli się w duszpasterstwie od pierwszego roku i widziałem, jak niektórych z nich traktuje. To nie było żadne umizgiwanie się, kaptowanie. Orzech potrafił nawet rąbnąć pięścią, jak się z czymś nie zgadzał. No, ale jak się widziało, że ręka pańska z Orzechem jest, że wszystko, czego się dotknie, to jest po bożemu, że on naprawdę nie robi dla siebie, że zawsze widzi drugiego człowieka przed sobą. I kiedy się ma wizerunek Orzecha tworzony przez lata przebywania z nim, to następnie już nie jest zbyt ważne, czy on powiedział coś głupio czy mądrze, czy on kogoś zbył, czy się kimś zachwycił, czy też posłał „kozy paść". To już nie gra roli. Orzech stał się Kimś, przy kim warto być, od kogo warto brać. Bo to jest człowiek, od którego czerpią garściami ci, którzy przy nim są.


Za sprawą Orzecha.
Bardzo miło wspominam nasze pierwsze po święceniach duszpasterskie działania. Orzech był w Nowej Rudzie, ja w Kudowie Zdroju, dzieliły nas tylko góry, a łączyła droga stu zakrętów. Któregoś wieczoru przyjeżdża pod moją plebanię człowiek i mówi zaaferowany.
- Ma ksiądz wsiadać i jechać, a ja mam księdza wieźć.
- Co to znaczy, mam wsiadać i jechać? - pytam. - Dokąd? I kto tak powiedział?
 A on na to.
-  Ksiądz Orzechowski tak powiedział.
Okazało się że się, że zachorował kaznodzieja rekolekcyjny dla młodzieży. A Orzech miał pełen kościół bardzo wartościowych chłopaków ze szkoły górniczej i zależało mu, żeby nie rozeszli się w niezadowoleniu. Gdy przyjechałem, oni czekali w kościele. Było ich wielkie mrowie. Widok z wysokiej ambony wspaniały, głowa przy głowie. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy to był region ludzi pobożnych. Orzech młodymi zawiadywał i nie wchodził proboszczowi w drogę... Stanąłem zdyszany na ambonie. O czym mówiłem? Nie pamiętam, najpewniej o Panu Bogu. To był pierwszy rok mojej pracy duszpasterskiej i moje pierwsze rekolekcje. Orzech mnie tak urządził, rzucił na głęboką wodę bez ostrzeżenia. Rozgadałem się do tych chłopaków. To były łaskawsze niż dziś czasy dla kaznodziejów. Po 40-tu minutach Orzech wychodzi przed ołtarz i pokazuje mi dłońmi "T" - time, że mam kończyć. Patrzę na chłopaków, a oni zasłuchani. Cisza jak makiem zasiał. Pytam więc: słuchajcie chłopaki, wasz ksiądz mi pokazuje znak, że mam kończyć. A oni wrzasnęli: Nieeee! Więc odwróciłem się do Orzecha i triumfująco pokazałem mu palcami skrobanie marchewki: "ciuś, ciuś, wstydź się!" Tak to za sprawą Orzecha niespodzianie rozpoczęła się moja bogata posługa rekolekcjonisty.


Kłopoty z proboszczem.
Czy opowiem o kłopotach z jego proboszczem? Proszę bardzo. Oni różnili się jak woda i ogień. Wszystkim. Osobowościowo, wykształceniem i chyba nawet duchem, bo Orzech zawsze miał dużo szacunku do każdego człowieka. A jako wikary był nawet dość pokorny. Nie słyszałem nigdy, żeby Orzech mówił o proboszczu źle, czasem się trochę pośmiał, ale jednak zawsze z wyrozumiałością dla ludzkich słabości. Trzeba pamiętać, że były to czasy trudne, które mocno różniły stare pokolenie od nowego. Zdarzało się czasem, że staremu księdzu trudno było o życzliwą tolerancję wobec młodego. Proszę sobie wyobrazić taką historię - dziś pewnie niepojętą... Orzech nigdy by tego nie zdradził, ale ja opowiem, bo byłem świadkiem tego zdarzenia. Jest śniadanie - jako gość rekolekcjonista też jestem zaproszony - siedzę przy stole, gospodyni podaje chleb, ser, herbatę. Przychodzi proboszcz, wyciąga z kieszeni cytrynę, kroi plasterek, wrzuca do swojej herbaty, następnie zawija cytrynę w serwetkę i znów chowa do kieszeni. Cytryna wtedy rzeczywiście należała do rarytasów. Takie były czasy, mógł się Orzech nauczyć sknerstwa od proboszcza, ale nie potrafił. Pewnie był za mało zdolny… Potem zaprowadził mnie do pokoju, gdzie mieszkał, spał i pracował. Otóż była tam drewniana rama na sprężynach i siennik na niej. Chcę usiąść, a Orzech mówi: nie, nie siadaj z tej strony. I pokazuje mi, że to łoże stoi na cegłach, a jedna z nich jakoś się chybotała. Czy Orzech martwił się tym? Skądże. Sam znalazł sobie te cegły na podwórzu. A o proboszczu starał się mówić z sympatią.


***
Podnoszę do ust filiżankę z herbatą jaką poczęstowała mnie gospodyni księdza proboszcza i informuję go skwapliwie, że tu, u niego na plebanii, oprócz ciasteczek i herbaty zaproponowano mi również cytrynę.
- Proszę pani - śmieje się ksiądz Drzewiecki - dzisiaj to nie sztuka. W czasach kiedy kiedy my z Orzechem byliśmy świeżo wyświęconymi księżmi, to ja pamiętam, że do jedynego sklepu w Kudowie, który się szumnie nazywał "Delikatesy" przychodziło pięć kilogramów pomarańczy z zagranicy. Jak tu na kilkadziesiąt tysięcy roździelić ten dobrobyt?! Kierowniczka nie miała wątpliwości, że ona nie może tego rzucić na ladę. Wszystko szło spod lady. Więc jeden telefon był do dyrektora banku, drugi do głównego sanatorium, a trzeci był do proboszcza. Każdy dostał po kilogramie, a że pomarańcze były duże, to każdy dostał po trzy sztuki. I było po dostawie. W taki sposób się żyło. Ale przy tej okazji muszę też wspomnieć mojego proboszcza. Mówiliśmy o nim "Father" albo"Modziu" - bo miał na imię Modest. Pochodził z Kołomyi, był człowiekiem niesamowicie radosnym. Jak się śmiał na strychu, to w piwnicy było słychać. I miał jeszcze jedną  wspaniałą cechę: z pozytywnym nastawieniem podchodził do wszystkiego. Orzech u swojego, nie obwijając w bawełnę, miał ciężko. Ale ten mój "Modzio" - dusza człowiek. Pamiętam jak mnie przywitał na plebanii. Wysiadam z pociągu i szukam kościoła, jest trochę na uboczu. Obok zauważam budynek plebanii. Na ganek wychodzi ksiądz w sutannie niski, gruby z czerwoną twarzą uśmiechnięty, i pierwsze słowa, które powiedział witając mnie, brzmiały: "Ale chudy!!!" Przy obiedzie dodał: "u nas jest dobre powietrze, poprawisz się." Byłem tam dwa lata. Z Orzechem spotykaliśy się zazwyczaj we Wrocławiu.


My się na tych spotkaniach modlimy.
Następny etap naszej znajomości to były studia na KUL-u. Mieszkaliśmy w konwikcie.  To jest akademik dla księży studiujących. Taka Rzeczopospolita Studencka - Księżowska, bo tam są księża ze wszystkich diecezji i ze wszytkich zakonów. Naprawdę ciekawa społeczność. Spotykaliśmy się przy posiłkach i w wolnym czasie. Studiowaliśmy wszyscy czterej, my z Orzechem na KUL-u, on teologię pastoralną, a ja polonistykę i homiletykę. Jasiu Choroszy i Michał Chłopowiec we Francji. Nieco wczesniej psychologię na KUL-u studiował Franek Głód, dziś dobry psycholog. Franek pracuje obecnie u św. Elżbiety na Grabiszynku. O nim można powiedzieć, że umiał w pełni, w sposób teoretyczny i praktyczny, wykorzystać swą wiedzę i mądrość zdobytą na uniwersytecie. Po ojcu odziedziczył naturalną zdolność zdroworozsądkowego widzenia ludzi i zjawisk. Pan Ignacy Głód cieszył się wielkim autorytetem w swoim środowisku parafialnym w Szczucinie. Oboje rodzice byli ludźmi głębokiej wiary, podobnie jak rodzice ks. Orzechowskiego czy ks. Chłopowca.
Tak, ma pani rację, różni nas wiele, ale też wiele nas łączy. Ciągle jesteśmy sobie bliscy. Spotykamy się regularnie na dorocznych spotkanich i jest tak, jakbyśmy się zaledwie wczoraj widzieli. Ciągle trzymają się nas żarty. I to, powiedziałbym, studenckie. Potrafimy z uśmiechem życzliwym patrzeć na siebie, rejestrować dowcipnie zmiany zewnętrzne, które czas uwidacznia. Umiemy cieszyć się sobą. Orzech ostatnio bardzo spotężniał. Pani doktor przepisała mu ostrą dietę. Biedak nie mógł nic jeść i przyjechał na spotkanie z ogórkiem. Gryzł tego ogórka z nienajszczęśliwszą miną, a my mu udowadnialiśmy, że ma super imprezę. Może sobie pani wyobrazić, ile było śmiechu. Życia nie miał. Zresztą on nam też nie pozostawał dłużny, bo każdy z nas ma swoje śmieszności. Powspominaliśmy ciekawostki z życia... I wie pani, na tych dorocznych spotkaniach jest coś jeszcze. Zwykle któryś z nas mówi podczas Mszy św. kazanie. A mówić kazanie do kolegów to nie takie proste. Czy spowiadamy się u siebie? Różnie bywa. Czy się zdarzało? Oczywiście. Na rekolekcjach często tak bywa. Ale jest coś jeszcze, rzecz zupełnie zasadnicza, dla której tak cenimy te chwile: my się na tych spotkaniach modlimy.


W ważnych momentach trzymaliśmy zawsze ze sobą.
Jaki był dom Orzecha? Wpaniały. Ojciec jego był dróżnikiem kolejowym. Mieszkali w Kobylinie przy skrzyżowaniu linni klejowej z drogą. Matka w tym domu była wszystkim. To była i szyja, i głowa. Chociaż zawsze na każdym kroku podkreślała znaczenie autorytetu ojca. Tam chłopak żaden, a chłopaków było czterech, nie mógł złego słowa powiedzieć o ojcu. Nie wolno było. Ale wiadomo, że decyzję podejmowała matka, choć nigdy bez wiedzy ojca. W domu Orzecha panował „matriarchalny patriarchat”. Miło było gościć w tym domu. Zżyliśmy się nie tylko ze sobą, ale i z naszymi rodzicami. Ważne chwile łączyły nas. Najpierw spotykaliśmy się na jubileuszach, a potem na pogrzebach. Pogrzebaliśmy mamę i ojca Orzecha. Stachu przyjechał na pogrzeb mojej mamy i mojego ojca. Były chwile radosne i smutne, ale w tych ważnych momentach trzymaliśmy zawsze ze sobą.


Dlaczego moja mama tak lubiła Orzecha?

Ludzie! I to jak lubiła! Wie pani, ja nawet byłem zadrosny. I też zastanawiałem się, dlaczego ona ich tak bardzo lubi, bo Michała i Franka również. Myślę, że i Michał, i Stachu, i Franek urzekli ją swoją osobowością. A inna rzecz, że oni również bardzo ją polubili, bo była warta tego. To była wzajemna sympatia. Moja mama już po mnie nie mogła mieć dzieci. Całym sercem kochała dzieci sąsiadów, jej mieszkanie nie było nigdy puste, a dzieciaki zawsze otrzymywały jakieś smakołyki. Czasami się z nimi modliła. Gdy koledzy przyjeżdżali ze mną do domu, to w mieszkaniu było tak, jak zawsze lubiła: gwarno i wesoło. W ogóle była bardzo owarta, jeśli chodzi o ludzi. Ale to ją kiedyś zgubiło. Raz miała wpadkę. I to jaką! (śmiech) Było to podczas ferii Bożego Narodzenie. Pierwszy wyjazd z seminarium do domu. Któregoś dnia wracam z kościoła, a mama mówi: masz gościa. Czekał na mnie człowiek młody, w sile wieku o inteligentnym wyrazie twarzy. Mama myślała, że to ktoś z seminarium, więc ugościła go serdecznie i obficie. Wchodzę do pokoju i widzę zupełnie obcego mi mężczyznę. Nikt z seminarium. Kto to może być? Po kilku słowach zorientowałem się, że ten człowiek chce mnie odciągnąć od seminarium. Zaproponował mi darmowe studiowanie na państwowej uczelni. Usiłował udowodnić, że tam prawdziwie się rozwinę intelektualnie, obiecywał wspaniałą karierę. Był bardzo dobrze przygotowany do rozmowy, znał szczegóły z mojego życia szkolnego w liceum w Jaworze. Cytował różne wydarzenia, nawet nasze klasowe wagary. Dokładnie wiedział, w co i jak byłem zangażowany, a rzeczywiście działałem w harcerstwie, które odrodziło się w Październiku ‘56. Wiedział też, że w szkole zrobiliśmy demonstrację w 1957 roku wiosną. Dzisiaj, gdy to sobie przypominam, pusty śmiech mnie ogarnia. Wtedy w domu ten ubek mnie bardzo zasmucił, tym więcej, że przyznał się do swego pobytu w seminarium. Ale nigdy więcej nie odwiedził mnie. Po powrocie z ferii, koledzy opowiadali o podobnych odwiedzinach w domach rodzinnych.


***
Wytrzeszczone oczy i ogłupiałe twarze.
 - Pięćdziesiąty siódmy rok? - nie kryję uznania. - Proszę księdza, to dosyć wywrotowo i odważnie jak na tamte lata. Proszę pani, tamten czas był wspaniały!- Październik ’56! Miałem szesnaście lat! Polska po raz pierwszy się poruszyła, pod skorupą totalitaryzmu tętniła świeża krew. Wtedy się chciało. Młodość reagowała spontanicznie. Trzeba było całą noc, tak żeby nikt nie widział, kleić transaprenty. Mieszkałem w internacie, więc zrobiliśmy to w tajemnicy przed kierownikiem. Chyłkiem przenieśliśmy te naklejanki do szkoły, a następnie na długiej przerwie na ulicę. Weszliśmy do wielkiej sali, delegaci na zjazd powiatowy PZPR byli zdezorientowani. Padały krzyki: kto ich wpuścił? kim oni są? wyprowadzić ich! przecież to nasza młodzież! siła i nadzieja partii!  Gdy rozwinęliśmy nasz transparent „Nic o nas bez nas!”, nastała martwa chwila. Po niej nagle ruszyła nawała sinych mundurów. Skąd oni się tam wzięli? Mnóstwo ich było. Wyprowadzili nas. Miło było patrzeć na te wytrzeszczone oczy i ogłupiałe twarze.
 
Z lornetkami w oknach.
Czy w seminarium byli ubecy? - Oczywiście. Pracowali na usługach od pierwszego roku. Czy byli od razu po liceum? Wie pani, oni byli zawsze troszeczkę starsi. To byli ludzie już z jakąś historią życia, na którą ich złapano, albo wyłącznie dla zarobku. Do roku, najdłużej do dwóch lat rozpoznawało się ich. - Po czym? Różnie, także po tym, że oni zawsze chodzili sami. Był przepis, że się chodzi na przechadzki we dwójkę, a oni wymykali się sami. Raz, drugi się zauważyło, że wymknął się sam, a potem szybko rozszyfrowano go, dokąd chodził. A nie mieli daleko, bo komórka ubecka znajdowała się na pl. Katedralnym, z lornetkami w oknach.


Mieliśmy wspaniałego rektora.
Czy pamiętam jak biskup Paweł Latusek dał Orzechowi skarpety, kiedy zobaczył, że Stachu ma swoje strasznie pocerowane? Skąd pani to wie? Bo ja tego akurat nie przypominam sobie, ale świetnie potrafię sobie taką sytuację wyobrazić, bo bardzo dobrze pamiętam przeróżne obrazki z życia naszego rektora. To był niezwykły człowiek. Wtedy w kraju była wielka bieda. Wszyscyśmy byli biedni. Moja mama też cerowała mi skarpety, wszyscy chodziliśmy licho
odziani. Biskup Latusek zaczął swoją posługę w seminarium jako rektor, dokładnie w tym samym roku, kiedy my zaczęliśmy naukę. Jeszcze nie był biskupem. Lubił nas bardzo, bo byliśmy takimi jego pierwszymi dziećmi, które wypuszczał spod swoich skrzydeł rektorskich.
Ale też dawał nam nieźle po garach, bo dla seminarium wtedy czasy były trudne. A nasz rektor to był impetyk, choleryk prostolinijny. Pamiętam na piątym roku, (wtedy klerycy pełnią różne funkcje pomocnicze i więcej widzą) przyjechał do seminarium ktoś z Rosji, taki późny imigrant. Byłem świadkiem, jak ks. rektor zaprosił go do siebie i oddał mu swoją jedyną nową koszulę, bo tamten nie miał żadnej. To na własne oczy widziałem. Dlaczego ks. rektor miał tylko jedną koszulę? (śmiech) Dzisiaj to wydaje się niepojęte, prawda? On też był biedny. Siostry zakonne kupiły mu koszulę na imieniny. Widziałem, jak wyciągnął z szuflady nowiutką, zapakowaną i powiedział tamtemu: "przymierz". Opowiadam te rzeczy, żeby pokazać środowisko, w którym razem z Orzechem wzrastaliśmy. Z jednej strony dawał nam rektor Latusek do wiwatu, a z drugiej był to człowiek o złotym sercu. Kryształowy. Nieraz z Orzechem wspominamy, że mieliśmy wspaniałego rektora.


Co miał, oddawał biednym. 
Na czwartym roku pełniliśmy dyżur w Wielkim Tygodniu. Byłem wtedy ceremoniarzem, a ks. rektor był świeżo upieczonym biskupem. W Wielki Czwartek po obiedzie zawołał mnie i dał mi plik adresów i przykazał: "nie zgub, przyjdź z tym do refektarza". Przyszedłem i widzę, że tam są popakowane paczki. To były jakieś babki wielkanocne, baranki z cukru, pisanki i różne wędliny. Coś dobrego na świąteczny stół, co przyjaciele przynieśli księdzu biskupowi w darze. Poszedłem pod te adresy... Boże, jakież to były speluny! Przerażająca bieda, jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Do dziś pamiętam, jak dzieci w tych rodzinach rzucały się na przyniesione paczki. To było skrajne ubóstwo, zupełnie niewyobrażalne. Mówiłem tylko, że ksiądz biskup przysyła dla nich te prezenty świąteczne i zaraz stamtąd uciekałem. Mieszkali zwykle w oficynie, albo na jakimś zimnym poddaszu. Skąd ks. biskup znał te adresy, to wielka tajemnica. Wiadome natomiast było, że co miał, oddawał biednym. 
 
 W Wielkim Tygodniu.
Jak to się stało, że rektor chciał nas wyrzucić z seminarium? Zaraz opowiem. Nie tylko chciał, ale byłby to zrobił, gdyby nie interwencja naszego ojca duchowego. Bo bezradni i przerażeni tym, co zaszło, poszliśmy do niego. Co zaszło? Zdarzyło się to w Wielki Piątek wieczorem po ceremoniach w katedrze. Burza wisiała w powietrzu, było parno i duszno i my małą grupką skoczyliśmy odetchnąć nad Odrę. Niektórzy puścili sobie dymka. Michał na pewno, ale Orzech nie, bo jeszcze nie palił. (śmiech) Jeszcze Michała nie odzwyczajał. Wracaliśmy stamtąd zadowoleni, a było nas widać z okna rektorskiego jak na dłoni. Dzisiaj tam stoi ten brzydki szpital akademicki, ale wtedy były tam tylko ruiny. Nim doszliśmy do furty seminaryjnej, rektor już czekał z założonymi rękami. A minę miał! Boże, mój! Dygotaliśmy jak liście osiki. I zaczęło się opeer... To nie była przyjemna przemowa. Zakończyła się zdecydowanie: "jutro proszę przyjść po papiery". Uciekliśmy do pokoju Michała, naradzaliśmy się, co dalej robić. I chociaż już było późno, postanowiliśmy odwiedzić ojca duchownego. Ojciec nas wysłuchał i uspokoił. Znał rektora i powiedział: "idźcie się wyspać". Ale nie było spania tej nocy. Wydawało się nam, że następnego dnia nastąpi koniec świata. Na drugi dzień ks. rektor zachowywał się wobec nas tak, jakby całego zajścia nie było. Uratowała nas prawda, ojciec duchowny ją wytłumaczył. Przecież w seminarium byliśmy jak aniołki! I do tego w Wielkim Tygodniu.


Patrząc ukochanemu Orzechowi w oczy.
Kto najbardziej kocha Orzecha? Wielu u „Wawrzynów” myśli o sobie, że oni najbardziej, ale ja uważam, że szczególnie kochają go... (śmiech) Coś pani opowiem. Orzech od dawna był ulubieńcem starszych pań. No, "starszych" to jest lekko powiedziane. Bardzo starszych. I miał taką jedną kochliwą starowinkę, chyba dziewięćdziesięciolatkę, która wszędzie za nim chodziła. Któregoś dnia - Orzech spotyka się z nami i opowiada: "Wiecie, co mi się dzisiaj zdarzyło? Kobietę niosłem na rękach". To było na cmentarzu, gdy Orzech prowadził pogrzeb. Starowinka szła za nim i zasłabła. Zmęczyła się biedulka i zemdlała. A że to taka kruszynka malutka, to Orzech nie namyślając się wiele, wziął ją na ręce i wyniósł z cmentarza. Podobno jak się ocknęła, była wprost wniebowzięta, patrząc ukochanemu Orzechowi w oczy.


Trzeciego dnia został mu zdjęty z ramion krzyż proboszczowania.
Z księdzem Kardynałem też były ciekawe historie. To był stan wojenny, a my w rzeczywisty sposób przeszkadzaliśmy komunie. Nie tylko wtedy, od lat. A w czasie stanu wojenego było to szczególnie niebezpieczne. Kardynał miał więc z nami nieco kłopotów. Nic dziwnego, że lubił sobie na nas pogderać. Oczywiście, musiał nas wybraniać z komuszych łap.
Kiedyś spotykam Orzecha "Pod Czwórką", na ulicy. Orzech patrzym na mnie dziwnym wzrokiem, ni to smutnym, ni to rozbawionym. Wiesz – mówi – wracam od kardynała. – I dlatego jestes smutny? – drążę - Nawtykał Ci? – Nie, ale nadawał na ciebie. Zacząłem się smiać na głos. – Słuchaj, Stachu, ja byłem dokładnie tydzień temu u ks. kardynała i nadawał mi na ciebie. Parsknęliśmy śmiechem. Czy byliśmy u księdza kardynała na cenzurowanym? W pewnym sensie tak, ale tylko w pewnym sensie. Jeśli już, to każdy z nas z osobna. Ja za swoją działalność z akademikami i z artystami, a Orzech za swoją na szlakach pielgrzymkowych i w „Wawrzynach”. To już było bardzo dynamiczne duszpasterstwo. Tam się dużo działo w stanie wojenym, więc ciągle ubecja zgarniała go i woziła na przesłuchania. Poza tym był też duszpasterzem ludzi pracy i wspierał kolejarzy z Brochowa, towarzyszył im na strajkach. On ma niespożytą energię i zapał, więc ciągle gdzieś jeździł. Zapraszano go do różnych miejsc, żeby przemawiał. I przemawiał - tak jak to Orzech - bez owijania w bawełnę. Dlatego narażał się ubecji, a ubecja skarżyła się ks. kardynałowi, mając nadzieję, że Orzecha uciszy. Udało im się tylko tyle, że gdy Eminencja zamianował Orzecha proboszczem, to interwencja stamtąd była na tyle silna, że Orzech sprawował tę funkcję tylko dwa dni. Trzeciego dnia został mu zdjęty z ramion krzyż proboszczowania.


W duchu miłości i odpowiedzialności.
Czas stanu wojennego dla księży czujących odpowiedzialność za Boga w naszej ojczyźnie był czasem wielkiej aktywności, często bardzo niebezpiecznej. Ksiądz Popiełuszko zapłacił najwyższą cenę za nas wszystkich. Władza obawiała się gniewu ludzi i nie chciała wiecej męczenników. Chociaż ubecy, jako nieznani sprawcy, odważali się na skrytobójstwa. Męczeńskich ofiar było o wiele więcej. Każdy z tych księży broniący krzywdzonych Polaków i stający w obronie praw Boskich i ludzkich, był nie tylko podejrzewany, podsłuchiwany, ale nieprzyjemnie nękany w pracy duszpasterskiej. Orzech jako duszpasterz ludzi pracy i jednocześnie który miał szeroką styczność z młodą, ucząca się inteligencją, był szczególnie inwigilowany i śledzony. Czy się bał? – Jak każdy. Ale robił swoje. Dokładnie wiedział, co ma robić. Czy mu ktoś podpowiadał? – Jego sumienie. Od dziecka wychowywany był w duchu miłości i odpowiedzialności.

Realizował Boży plan i nie zniechęcał się. 
Ze mną nie tylko ks. kardynał miał ambras. W czerwcu ‘83 robiliśmy z plastykami wielką wystawę w kościele św. Krzyża. Pragnęliśmy uczcić w ten sposób wizytę Jana Pawła II w naszym mieście. Ubecja, oczywiście, nie chciała na to zgodzić się, powołując się na przepisy prawa stanu wojennego. Tyle tylko, że ja się nikogo o nic nie pytałem. Nie występowałem o żadne pozwolenia. Skorzystałem z porozumienia, jakie istniało pomiędzy episkopatem a rządem, mówiącego, że działania duszpasterskie w pomieszczeniach kościelnych należą do kompetencji Kościoła. To była moja linia obrony wobec cenzora wojewódzkiego, który nękał mnie upomnieniami, domagał się ode mnie pisma z prośbą o pozwolenie: na wystawę, na wydanie katalogu i na drukowanie tekstów. Ta wystawa to była wielka rzecz - pokazalismy mnóstwo eksponatów - dzieł sztuki artystów zawodowych i amatorów. Trzystu artystów z całej Polski zgłosiło swój akces. W pozostałej części kraju była już cisza i marazm, a Wrocław się nie poddał. Ubecy ogromnie bali się przewidywanej frekwencji. Cenzor usilnie domagał się ode mnie podania o pozwolenie na wystawę. Któregoś dnia poszedłem do Biblioteki na Piasku, przejrzałem Dzienniki Ustaw i rozszyfrowałem ogromną ilość skrótów, jakimi poczęstował mnie cenzor w swoim liście, chcąc mi udowodnić, że działam nielegalnie i grozi mi utrata wolności. Tylko jeden z tych odnośników mógł pasować do treści zarzutów mi stawianych. Odpisałem grzecznie panu cenzorowi, powołując się na te same paragrafy. Skutek był taki, że w przeddzień otwarcia wystawy otrzymałem telefon z biura cenzury z prośbą, bym napisał krótkie podanie, a na pewno pozwolenie otrzymam. Obiecałem, że prosił nie będę. A kiedy przyszedł osobiście z propozycją napisania na miejscu prośby o pozwolenie, odpowiedziałem: - Proszę Pana, ode mnie nic więcej już pan nie uzyska. Pan wie, jak jest w Kościele. Ja robię, ale szefem jest ks. kardynał. Niech pan idzie do szefa.
A on na to jakimś zbolałym tonem mówi: - Ale ja właśnie stamtąd wracam. - No i co? -  pytam zaciekawiony autentycznie. - Ks. kardynał powiedział mi: "proszę pana, czy pan myśli, że ja mogę sobie poradzić z Drzewieckim?"… Wystawa została otwarta. Zwiedziło ją w pierwszym dniu pięć tysięcy ludzi. W następnych dniach frekwencja wahała się od stu do pięciuset osób. Z tej wystawy wybraliśmy pamiątki dla Ojca św. Żyliśmy w czasach trudnych, ale i niezwykle ciekawych. Każdy z nas wydeptywał wtedy swą nietypową ścieżkę życia. Jeśli ktoś chce wspominać Orzecha z tamtego okresu, to niech sobie uświadomi, jak wyglądała wtedy rzeczywistość wokół nas. Wtedy niczego nie można było zrobić zwyczajnie. O wszystko trzeba było walczyć, i to uparcie. Pewnie dlatego nasze pokolenie do dziś jest takie "waleczne". Nawet się dziwimy, jak coś przychodzi zbyt łatwo. I w tej niełatwej rzeczywistości, w której niejeden by wysiadł, czy się poddał, czy dał się zastraszyć, Orzech był pewny - realizował Boży plan i nie zniechęcał się. 
Ks. kardynał umiał rozmawiać z władzą wojskową.
Ks. kardynał miał w tamtym czasie też ambaras z „niepokornymi” zakonnikami. Byli tacy wśród dominikanów, jezuitów czy kapucynów. Np. na Sudeckiej u kapucynów niewidzialne ręce układały przed kościołem piękny krzyż z kwiatów - wiecznie żywy. Ubecja upominała ojców, a nawet poskarżyła się księdzu kardynałowi. Kiedyś byłem mimowolnym świadkiem rozmowy telefonicznej w rezydencji ks. kardynała przy biurku. Eminencja mówił dość głośno, a z aparatu doskonale było słychać rozeźlony głos ubeka.
- Słucham, tu kardynał.
- Tu pułkownik (taki i taki) - przedstawia się tamten.
- Aaa, witam pana pułkownika!
- Księże kardynale, niedobrze się dzieje u kapucynów.
- A jak u pana? Jak tam żona?
- Dziękuję, dobrze, ale chciałbym porozmawiać o sprawie...
- A jak dzieci? Czy zdrowe?
- Tak, dziękuję, jeśli chodzi o rodzinę, wszystko w porządku. Ale wracając do kapucynów...
- Chwała Bogu, że zdrowe. To najważniejsze...
- Księże Kardynale, ja tu dzwonię w innej sprawie, bo kapucyni opiekują się kwiatami i ignorują nasze nakazy, żeby to zlikwidować.
- Kwiaty? Zlikwidować?! Ależ, panie pułkowniku, przecież pan jest wrażliwym człowiekiem. Nie lubi pan kwiatów? 
- Kwiaty lubię, ale oni z tych kwiatów robią krzyż!
- Proszę pana! To jest najpiękniejszy symbol, jaki można sobie wyobrazić! I w dodatku symbol uniwersalny. Czytelny dla każdego, pełen treści…
Tamten musiał się już chyba zbiesić nie na żarty słysząc te odpowiedzi, bo zawiesił na kołku całą kurtuazję i prosto z mostu zapowiada:
- My, to zniszczymy!
A ks. kardynał na to zdecydowanie i w dodatku z nienagannym akcentem:
- Nielzia, tawariszcz pałkownik!
I odłożył słuchawkę. Ks. Kardynał umiał rozmawiać z władzą wojskową.


Brat Przewodnik to instytucja.
Stachu dał się poznać miastu już przed ćwierćwieczem jako „Brat Przewodnik” pieszych pielgrzymek na Jasną Górę i do Trzebnicy. Jego potężna, charakterystyczna postać w kapeluszu i z kijem w ręku na czele długiego peletonu pobożnych piechurów znana jest chyba każdemu. Podziwiałem go na samym początku, gdy uczył się tej sprawności, organizowania i kierowania dużymi grupami ludzi. Trzeba pamiętać, że w pierwszych pielgrzymkach na Jasną Górę wędrowało do piętnastu tysięcy ludzi. Jak zarządzać grupami po osiemset osób, czym nkarmić, jak rozlokować i jak upilnować porządku? Bywały pielgrzymki z przeważającą ilością młodzieży średnich szkół, to wymagało specjalnej rozwagi i opiekuńczości. Pielgrzymki też były solą w oku władzy wojskowej w stanie wojennym, gdy tendencje patriotyczne przeważały w postawach wędrowców, gdy pielgrzymi spragnieni byli nie tylko słowa Bożego, ale i ludzkiego, gdy grupy zakwitały często kolorowymi transparentami politycznymi. Wtedy trzeba było mieć wielką czujność, i ufność w Opatrzność Bożą. Ubeków wśród pielgrzymów było zatrzęsienie. Wszystko było dokładnie ofotografowane, nagrane i odpowiednio doniesione do centrali. Mądrość Orzecha polegała na tym, że umiał przyjmować pomoc od innych, korzystać z doświadczenia innych i dobierać sobie doradców i pomocników. Na początku uczestniczyłem w trzech wielkich pielgrzymkach jako ojciec duchowny, konferencjonista i spowiednik w ogonie peletonu. Pielgrzymki to cała wielka epopea Orzechowa, długo by ją opowiadać.
Jedno jeszcze warto podkreślić, że przy tym całym „majdanie” studencko-organizacyjno-pielgrzymkowym Stachu otrzymał od Ducha Świętego charyzmat cierpliwego spowiadania. Godzinami, zazwyczaj nocnymi, uwięziony w konfesjonale przyjmuje ludzkie biedy i nieszczęścia, i przesyła je dalej, do Jezusa. Konfesjonał podczas spowiedzi świętej tylko z pozoru wydaje się być miejscem spokoju i wyciszenia. Zazwyczaj jest to pole bitwy, bo szatan nigdy łatwo nie popuszcza. Spowiednik musi być czujny i mądry, a przede wszystkim rozmodlony. Na niewiele zda się tutaj mądrość ludzka. Podobnie i każda pielgrzymka musi być omadlana i przygotowywana przez cały rok. Brat Przewodnik to Boża instytucja.


Zrób coś dla przyszłości po sobie samym!
Na koniec powiem coś o Orzechu bardzo poważnie i zupełnie z innej beczki. Mogę o tym mówić, bo on to już ode mnie usłyszał. Żal mi trochę, że Stachu nie wychował sobie księdza, który będzie mógł go zastąpić, zwłaszcza na terenie pielgrzymkowym. Orzech ma kontakty z księżmi, którzy chodzą z nim od lat na pielgrzymkę. Obserwując ich, widzę, ile on dla nich znaczy. Kontakt z Orzechem to dla nich zaszczyt, honor i dobra szkoła duszpasterska. Orzech mimowolnie wnosi w ich życie coś niebywałego. Dlaczego Orzech jeszcze nie znalazł wśród nich swego kontynuatora? Chyba nie czeka na objawienie z Kurii… Czas najwyższy, przecież w przyszłym roku stuknie mu siedemdziesiąt lat! Mówiłem już mu: Stachu, przecież Pan Bóg może zawołać na ciebie lada moment. Będzie po tobie dziura. Żyj jak najdłużej, ale zrób coś dla przyszłości po sobie samym!


Nasza przyjaźń trwa już pięćdziesiąt lat.
Czy, kiedy poznałem Orzecha, od razu było widać, że to jest ktoś wyjątkowy? Nie. W paczce przyjaciół nikt tak nie patrzy na drugiego. On był bardzo zwyczajny pod każdym względem. Wszyscy mieliśmy egzaminy wygrane i przegrane, z bardzo dobrą oceną i z mierną... Nie, nie było żadnych znaków świecących na niebie monogram bohatera, jakiegoś super księdza w przyszłości. Patrzyłem na niego okiem przyjaciela, choć różnimy się od siebe diametralnie. Osobowościowo dzielą jakieś Tatry, albo przynajmniej Karkonosze, ale łączą przecież Góry Stołowe. Bo tamten czas pierwszych doświadczeń duszpasterskich i wcześniej całe seminarium, czas kształtowania się koleżeństwa i przyjaźni jest nie do przecenienia. Życie nas kształtuje, wiele się zmienia, ale tamto zostało...  I jest. (Długie zamyślenie) Przyjaźń ze Stachem to konstans, po prostu jest. Teraz, kiedy to mówię,  mamy na swoim koncie czterdzieści cztery lata kapłaństwa, plus sześć lat seminarium. Krótko mówiąc, nasza przyjaźń trwa już pięćdziesiąt lat.


***
            
 Wychodzę z plebanii i idę przez pięknie utrzymany ogród. Sławetna "paczka" z seminarium na rok przed czterdziestopięcioleciem kapłaństwa obchodzi swój jeszcze bardziej imponujący – złoty - jubileusz. Czy to już czas myśleć o odlocie w Wieczność? O wszystkim decyduje Bóg. I tak jest dobrze, bardzo dobrze.

 Wrzesień 2008r.



POWITANIE
Serdecznie witam wszystkich odwiedzających moją stronkę. Jej czerwień i gąszcz listowia niech Was zachęcą do gorącego szukania Prawdy razem ze mną. Zapraszam też do dzielenia się myślami na Forum.
Kim jestem? - Księdzem katolickim od 1964 roku przypisanym przez święcenia kapłańskie do Ziemi Dolnośląskiej. Obecnie, od roku 1998, służę wspólnocie parafialnej we Wrocławiu, na Zalesiu, pod uważnym spojrzeniem Matki Bożej Częstochowskiej. Więcej można się o mnie dowiedzieć z rozmowy, jaką przeprowadziła ze mną pani red. Jola Ostrowska z Solidarności Dolnośląskiej.

Rozmowa z księdzem Mirosławem Drzewieckim

Kazanie ma swoje jakby podwójne życie. Najpierw burzy się i gotuje we wnętrzu kaznodziei po to, by w pewnym momencie wybuchnąć na zewnątrz i przedostać się do duszy słuchacza - napisał ksiądz we wstępie do zbioru swoich kazań Ku Wolności. Przed paroma tygodniami obchodził ksiądz jubileusz 40-lecia kapłaństwa. W pamięci wrocławian ma ksiądz szczególne miejsce, jako mistrz słowa. Niezapomniane, wręcz legendarne, są księdza kazania głoszone w katedrze wrocławskiej i gdzie indziej podczas stanu wojennego.

Myślę, że gdyby nie stan wojenny, nie zauważono by tak gwałtownie mej pracy dla Słowa. Od roku 1975, po powrocie ze studiów na KUL-u, byłem kaznodzieją katedralnym. W każdą niedzielę wygłaszałem kazania na Mszach świętych o godz. 12 i 13, na które przychodziła inteligencja, jak się to wtedy mówiło, techniczna. Kościołowi wrocławskiemu zależało na tym, żeby tych ludzi gromadzić w świętym miejscu. Od lat więc organizowano dla inteligencji wrocławskiej w katedrze rekolekcje czy też specjalne tematyczne sympozja i konferencje. Na trwałe zapisali się w pamięci wrocławian moi profesorowie, poprzednicy na ambonie katedralnej: ks. Wiesław Gawlik i ks. Julian Michalec. Stan wojenny był wybuchem wściekłości władzy, poraził naród. Przez pierwszy miesiąc nie słyszało się nigdzie anegdoty politycznej obśmiewającej komunę. Z początkiem stycznia 1982 byłem na feriach w górach. Odnaleźli mnie ludzie z podziemia i powiedzieli: Mirek, jest trudna sytuacja wśród ludzi, smutek żre naród. Trzeba ludzi podnieść na duchu! Powiedziałem: dobrze, przyjadę, wygłoszę kazanie na Mszy za Ojczyznę.

Jakie było to pierwsze kazanie?

 13 stycznia 1982 roku wieczorem katedra wrocławska nie mogła pomieścić ludzi. Długo musiałem się przepychać przez tłum od głównych drzwi do zakrystii. Gdy dotarłem, zobaczyłem chmarę księży gotowych do koncelebry. Ubierając się do Mszy, nie znałem jeszcze zakończenia kazania... Trzy godziny bez przerwy pisałem ten tekst. Myśli biegły szybciej niż ręka zdołała stawiać znaki... Kiedy na krótko odetchnąłem, spostrzegłem, że ta wypowiedź ma formę modlitwy. Układały się w niej po kolei wszystkie bolesne doświadczenia pierwszego miesiąca "wojny jaruzelskiej". Nazywałem po imieniu wrogie akty władzy wobec obywateli. O nadzieję wołałem do Boga. Ludzie słuchali jakby zaklęci w ciszę. Stałem przy ambonie z kartkami w ręku jak uwięziony w gęstym powietrzu, sparaliżowany ciszą. Słyszałem swoje słowa, a sercem targało zwątpienie: i po co to? Komu to potrzebne?... Źle zinterpretowałem tę ciszę, ale o tym przekonałem się dopiero na końcu kazania, gdy brawa uniosły się pod sklepienie katedry. Do końca Mszy trwałem w ogromnym skupieniu. Po wyjściu z katedry rozluźniłem się, gdy otoczyli mnie ludzie życzliwi i wdzięczni. Jednak mijając figurę Matki Bożej zauważyłem na murku okalającym pomnik twarze bez wdzięczności, złowrogie. Zresztą po trzech dniach mogłem im z bliska się przypatrzyć podczas długiego przesłuchania na Podwalu w kazamatach esbecji, w dawnym budynku gestapo.

Na czym polega rzemiosło słowa, przemawianie?...

Gdy patrzę wstecz, myślę, że to jest jakaś tajemnica. Mówienie kaznodziei to nie to samo, co wykład, czy konferencja. To jest mówienie o Tajemnicy Bożej, ale też jakby w imię tej Tajemnicy. Stan wojenny był trudny dla ludzi, niósł wielkie rozterki duchowe. Dookoła tyle kłamstwa i nienawiści! Trzeba było nieraz odtwarzać fundamenty wiary, na której buduje się życie chrześcijańskie. Mówiłem prawdy Boże. Nie wszystkim wszystko się podobało. I czułem to wyraźnie. Pamiętam atmosferę podczas kazania w Nowej Hucie, w mistrzejowickim kościele św. Maksymiliana. Ludzie przyszli na Mszę św. za Ojczyznę nazajutrz po pacyfikacji zomowskiej na ulicach Krakowa. Widziałem na twarzach smutek i gniew, a Ewangelia w tym dniu głosiła: Miłujcie waszych nieprzyjaciół. Skóra mi cierpła na grzbiecie, gdy szedłem na ambonę, przecież miałem mówić do ludzi, którzy nieśli na sobie żywe czucie pałek zomowskich. Jednak nie mogłem zmienić wstępu do kazania: "...Gdybyście nawet wszyscy w tej chwili mieli wyjść z tego kościoła, gdyby nawet cała nowohucka ziemia, zachowująca w swym łonie twarde echa zomowskich butów goniących bezbronnych obywateli, zadrżała oburzona, to słowa: miłujcie waszych nieprzyjaciół nie cofną się ani o krok". Takie doświadczenia kaznodziejskie umacniały również moje poczucie spełnianej misji. Kiedy rozmawiałem z moją mamą o tym, z jakim lękiem w sercu wchodzę nieraz na ambonę, usłyszałem: Mirek, nie możesz nie mówić!


Czy kazania księdza miały jakiś ciąg dalszy?

Co Pani ma na myśli?... Jakieś nagradzanie?... Nie, nie było. Natomiast wielką satysfakcję otrzymywałem wtedy, gdy mi donoszono o nagrywaniu i powielaniu na piśmie tekstu kazań, szczególnie tego pierwszego. Czyż to nie satysfakcja dowiedzieć się, że Ojciec św. słuchał kazania z taśmy przemyconej na Zachód?... Do dnia dzisiejszego moje kazania ze stanu wojennego miały trzy wydania drukiem, za każdym razem rozszerzone o nowe wystąpienia. Najbardziej wzruszającą satysfakcję dała mi wieść, że sługa Boży ks. Jerzy Popiełuszko znalazł w mym pierwszym kazaniu utwierdzenie w swej misji obrońcy ludzi skrzywdzonych. Jest jeszcze inny ciąg dalszy mego kaznodziejstwa. Po każdej Mszy św. za Ojczyznę były nie tylko przesłuchania na ubecji, ale zaczęli przychodzić robotnicy, studenci i licealiści na rozmowy trudne i ważne. W wielu wypadkach trzeba było interweniować. Kiedyś przyszedł młody robotnik przerażony, bo w areszcie podpisał zgodę na współpracę z ubecją. Miał donosić o wszystkim, co dzieje się w zakładzie pracy. Był zrozpaczony, nie mógł się pogodzić z faktem, że stał się zdrajcą! Rozmawialiśmy długo. Poradziłem mu, aby poszedł do pracy i powiedział kolegom o tym, co go spotkało. To był dobry pomysł.

Księdza działalność kaznodziejska przyciągnęła także artystów.

Tak, artyści szukali kontaktu. Przyszli, bo czuli się osamotnieni, potrzebowali wsparcia wszelakiego. W stanie wojennym nie można było urządzać ani wystaw, ani spotkań literackich bez zezwolenia. Trwał bojkot telewizyjny aktorów. Najpierw pojawili się w domu przy Katedralnej 4 aktorzy. Byli przecież solidarnie bezrobotni. Powiedzieli, musimy coś zrobić, musimy ożywić nasze miasto. Zaczęliśmy Pod Czwórką od spotkań literackich. Aż wstyd powiedzieć, pierwszy wieczór to był mój autorski, czytałem po raz pierwszy publicznie własne wiersze. Ale bardzo szybko program spotkań uzyskał ambitniejsze rumieńce. Gościliśmy Pod Czwórką bardzo dobrych literatów, m.in. Stanisława Barańczaka i wiele innych osób znanych w kręgach artystycznych. Następnie przyszli plastycy. We Wrocławiu i na Dolnym Śląsku jest od dawna bardzo liczne i prężne środowisko artystów plastyków. Stan wojenny był dla nich szczególnie bolesnym ciosem. Artysta, który nie może wystawiać swych prac, umiera śmiercią cywilną, nikt o nim nie wie. Młodzi ludzie w stanie wojennym nie mogli normalnie robić dyplomów, konieczne przy tym wystawy lokowaliśmy więc w kościołach. Plastycy stworzyli razem z literatami, aktorami i muzykami zaczątek Duszpasterstwa Środowisk Twórczych. Ich prośba o duszpasterza spotkała się z przychylnością księdza kardynała Henryka Gulbinowicza. Los padł właśnie na mnie. Otrzymaliśmy do dyspozycji kościół pod wezwaniem św. Marcina na Ostrowie Tumskim. Weszliśmy tam i uroczyście rozpoczęliśmy działanie DŚT na początku stycznia 1983 roku.

To, co ksiądz mówi, świadczy o wielkiej mobilizacji tego środowiska...

Mobilizacja była rzeczywiście wielka. Ludzie uważali, że to duszpasterstwo to dla nich być albo nie być. Zorganizowaliśmy w sumie ponad 70 wystaw wielkich i małych. Do tych wielkich wykorzystaliśmy kościół św. Krzyża, po sąsiedzku. W czerwcu 1983 roku była wielka wystawa plastyczna wspólnie profesjonalistów z amatorami. Chcieliśmy w ten sposób uczcić pobyt Jana Pawła II we Wrocławiu. Z eksponatów od artystów z całej Polski wybraliśmy prezenty dla Ojca św. i ofiarowaliśmy na Partynicach.

To nieprawdopodobne, przecież panował reżym stanu wojennego zabraniający wszelkich zgromadzeń i działania kulturalnego...

Och, to cała historia! Można by napisać książkę o przebojach z cenzurą. Kościół otoczył artystów ochronnym parasolem, a władza nie uważała wtedy za słuszne jawnie atakować Kościoła. Wszystkie działania artystyczne wówczas w korespondencji z urzędem podciągałem pod działania duszpasterskie Kościoła. Cenzor wojewódzki nie zgadzał się z taką kwalifikacją i domagał się przy każdej wystawie czy sympozjum, abym na piśmie prosił o zezwolenie. Pamiętam jeden z ostatnich listów, w którym cenzor informował mnie, że na pewno zezwolenie otrzymam, bylebym poprosił na piśmie. Nie poprosiłem.

I chodził ksiądz dalej bezpiecznie po ulicach?...

Dobre pytanie. Mógłbym odpowiedzieć przewrotnie, że owszem, bo przecież miałem zawsze "opiekunów". Szwendali się za mną wszędzie, a gdy leżałem w szpitalu przy ul. Św. Józefa, pod oknem mej sali dyżurował tajniacki wóz z długimi prętami antenowymi. Przypominam sobie zabawną historyjkę z tamtego okresu. W niedzielę wieczorem w szpitalu dyżurowała jedna tylko młoda pani doktor. Po godz. 21 wtargnęli dwaj młodzi zomowcy uzbrojeni jak na akcję i zażądali widzenia ze mną. Pani doktor stanęła w drzwiach i zawołała: po moim trupie! Byłem sam w sali i zaryzykowałem: niech pani ich wpuści, porozmawiam. Młodzi byli zdesperowani: dostaliśmy zadanie do godz. 22 zebrać wywiad środowiskowy na temat księdza Drzewieckiego. Na ulicy nikt nie chciał z nami rozmawiać. My tu nikogo nie znamy, nie pochodzimy z Wrocławia. Milicjant poinformował nas, że ksiądz leży w tym szpitalu. Niech nam ksiądz coś powie o sobie, bo termin oddania wywiadu tuż-tuż. Opowiedziałem. Chłopcy wyszli uradowani.

Czy był ksiądz internowany?

Nie w dosłownym znaczeniu. Moim kilkumiesięcznym (z przerwami) "internatem" była sala szpitalna. Okupowałem dwa szpitale: im. Czerwiakowskiego przy ul. Św. Józefa i szpital kliniczny przy ul. Poniatowskiego. Wszędzie cieszyłem się doskonałą opieką. Wrocławska służba zdrowia w stanie wojennym doskonale spełniała swoje zadania ochrony ludzi przed zarazą. Nawet na medycynie sadowej mile zaskoczyli mnie lekarze. Od ich decyzji zależał mój los, czy będę musiał stanąć na rozprawie sadowej czy nie. Kilka razy mecenas Henryk Rossa przedstawiał na rozprawie zaświadczenie o stanie mego zdrowia w celu odroczenia rozprawy. W ten sposób dwukrotnie uchroniłem się przed wyrokiem pozbawienia wolności na trzy lata. Dowiedziałem się o tym później z dokumentu sądu wojskowego o rehabilitacji mej osoby. Wyroki traciły za każdym razem swą moc dzięki amnestii z okazji święta 22 Lipca. Jednakowoż poznałem smak odosobnienia w areszcie śledczym na Podwalu. Obrzydliwość!!! Do dziś czuję ten smród... Poza tym byłem wielokrotnie wzywany na wielogodzinne przesłuchania, praktycznie po każdym kazaniu. Wtedy właśnie nabawiłem się choroby wrzodowej. Najprzykrzejszą jednak była kara cotygodniowego zgłaszania się na posterunku MO przy ul. Grunwaldzkiej. Była także blokada paszportowa oraz zakaz poruszania się bez zezwolenia poza Wrocławiem.... Jakoś wszystko to przeżyłem. Inni mieli gorzej.

Czy miał ksiądz w tym duszpasterstwie kontakty także pozawrocławskie? Co działo się na prowincji?

Oczywiście, i to przede wszystkim dzięki działaniom artystów z Teatru Współczesnego. W miasteczkach i na wioskach ducha patriotyzmu w stanie wojennym podgrzewali przede wszystkim księża. Ich kazania były mocno nacechowane treściami patriotycznymi, wlewającymi nadzieję w serca wiernych. Proboszczowie zapraszali aktorów ze spektaklami słowno-muzycznymi do kościołów, a czasami do świetlic wiejskich. Sam czasem jeździłem z zespołem "Nie samym teatrem" na te przedstawienia. Taki występ to było zawsze wielkie święto w parafii, zwykle kończyło się śpiewaniem pieśni religijno-patriotycznych. To było prawdziwe podnoszenie ducha w narodzie! Podobnie działo się we Wrocławiu, z tym że tu teatr działał także kameralnie w spektaklach domowych, w mieszkaniach działaczy solidarnościowych. Co więcej, Wrocław był często odwiedzany przez zespoły z kraju. Pamiętam w katedrze występ "Filharmonii im. Romualda Traugutta" z Warszawy. To było wspaniałe wydarzenie, brawom i bisom nie było końca. Katedra była szczelnie wypełniona wiernymi, jak na Mszach za Ojczyznę.

Proszę powiedzieć, jak to wszystko mogło się dziać w tak smutnym czasie?

Już po miesiącu trwania stanu wojennego duch narodu odżył. Struktury "Solidarności" zapędzono w podziemia, ale duch solidarności umacniał się wśród ludzi. Pamiętamy, że wtedy była wielka bieda. Trudno było z kartek żyć godziwie, zwłaszcza w mieście. I wtedy wieś przyszła z pomocą robotnikom, przysyłając plony ziemi. Przy kościele św. Marcina utworzyliśmy Fundację św. Marcina. Pomagała ona nie tylko rodzinom artystów, ale współpracowała z Arcybiskupim Komitetem Charytatywnym, który pomagał rodzinom osób internowanych. Mieliśmy dużo kontaktów, także zagranicznych. Regularnie otrzymywaliśmy chleb z "Mamuta", piekarni przy ul. Sienkiewicza. Stawałem w drzwiach św. Marcina i wydawałem go potrzebującym. Różne instytucje fundowały bony żywnościowe. W ramach Fundacji organizowaliśmy dla osób bezdomnych Wigilię Bożego Narodzenia: w Domu Towarowym przy ul. Świdnickiej, na Wzgórzu Partyzantów czy też w Hotelu Wrocław. Pamiętam, jak ktoś podarował na Wigilię michę pierogów, tyle że były zimne. Nie było gdzie ich zagotować, powstał poważny problem, Wigilia tuż-tuż, a na stole surowe pierogi. Z pomocą przyszła straż pożarna i po godzinie na stołach parowały smaczne gorące pierogi wigilijne. Właściwie na takich szalonych pomysłach oparta była wtedy nasza charytatywna działalność. Solidarność serc rodziła te niesamowite pomysły z głębi dobroci i odpowiedzialności za innych. Pewnie ktoś w przyszłości, oceniając te czasy, będzie mógł zauważyć, że tak powstawało nasze społeczeństwo obywatelskie.

Osobny rozdział w księdza biografii zapisało Radio Rodzina.

Tak, to było dla mnie coś zupełnie nowego. Pomysł radia zrodził się z potrzeby nawiązania nowych kontaktów z ludźmi. Radio daje możliwość towarzyszenia słuchaczom podczas pracy. Ono dociera tam, gdzie kaznodzieja nie dotrze. Uznaliśmy Pod Czwórką, że warto spróbować trafić do nich z muzyką i słowem odmiennym niż to, które jest im przekazywane w innych mediach, z klimatem sprzyjającym spokojnej refleksji. Taką mieliśmy intuicję. Trudność polegała na tym, że nikt z nas nie wiedział, jak robi się radio. Ten pomysł rozważaliśmy przez rok. W tej intencji też modliliśmy się wspólnie. I udało się. Pokonaliśmy próg organizacyjny, zdobyliśmy pieniądze. 16 października 1993 roku, w 15-lecie pontyfikatu Ojca Świętego nadaliśmy pierwsze audycje. Wtedy w Kościele trwał Rok Rodziny. Nazwę dla Radia podpowiedział nam właściwie sam Ojciec św. Jan Paweł II. W swoim nauczaniu mocno podkreślał, że przez rodzinę dokona się odnowa świata. Radio skupiło wokół siebie nowe środowisko: młodzież akademicką, gotową poświęcić swój czas i zdolności dla innych. Bywało, że w ciągu miesiąca przez studio przewijało się ponad 300 woluntariuszy studentów.

Księdza wspomnienia pokazują, jak wiele ludzi znalazło się w zasięgu księdza pracy duszpasterskiej, można powiedzieć: w kręgu głoszonego słowa. Czy ta szczególna więź ze słuchaczami przetrwała próbę czasu?

Rozluźniły się więzy ze stanu wojennego, ale przetrwało dużo znajomości i przyjaźni z ludźmi w całej Polsce i na świecie, wśród emigracji we Francji, Australii, USA i Kanadzie. Dostawałem mnóstwo listów, w których pisano o tym, że kazania głoszone przeze mnie były i są potrzebne, że trafiają nie tylko do pamięci, ale także do serc i sumień. I to jest moja głęboka radość. Do dziś trwają kontakty z "Solidarnością" Politechniki Wrocławskiej. Jestem zapraszany nie tylko na oficjalne uroczystości, ale także na odpoczynek, na wyjazdy rekreacyjne. Moje kazania w związku z dwudziestoleciem "Solidarności" zostały wydrukowane w biuletynie Politechniki. Nadal utrzymuję kontakt z duszpasterstwem studentów, artystów. Jestem od sześciu lat proboszczem. Pozostała zawsze aktualna solidarność międzyludzka.

Rozmawiała Jola Ostrowska Wrocław, 29 lipca 2004 r.




40-LECIE KAPŁAŃSTWA

Wywiad z ks. Prałatem Mirosławem Drzewieckim

W tym roku [2004] ks. Prałat obchodzi 40-lecie swych święceń kapłańskich.

Rzeczywiście! Wcześniej nie myślałem, że mi tyle będzie dane. Dokładnie 28 czerwca. Czas nie tylko płynie, ale  u p ł y w a. Jest jak bystra rzeka, nie pozwala wejść drugi raz do tej samej wody... Ale pamięć chwyta w cugle poszczególne chwile i pozwala na ciekawe wycieczki po byłym życiu.

W tej czterdziestce miałem bardzo bogate i ciekawe periody: najpierw od 1964 roku były cztery lata pracy wikariuszowskiej w Kudowie Zdroju i u Matki Bożej Częstochowskiej we Wrocławiu. Najpiękniejsze były dwa pierwsze lata kapłaństwa właśnie w Kudowie. To było „chodzenie w parze z Bogiem” po Ziemi i po Niebie. Na KUL-u studiowałem przez 6 lat jednocześnie teologię homiletyczną i polonistykę. Jako 10-letni kapłan wróciłem do Wrocławia „Pod 4-kę” pod skrzydła dobrego mistrza ks. Aleksandra Zienkiewicza, przez studentów nazwanego „Wujkiem”. Tam się wprawiałem w duszpasterstwo i służyłem studentom przez 15 lat. Wspaniałymi kolegami w tej pracy byli współpracownicy: ks. dr Adam Dyczkowski, dzisiejszy biskup zielonogórski oraz ks. Andrzej Dziełak, dzisiejszy prałat i dzielny proboszcz u Bożego Ciała. Przez to duszpasterstwo przeszło wielu mądrych i zaangażowanych w życie Kościoła młodych ludzi. Kilka studentek zapukało do różnych furt klasztornych rozsianych po świecie: cztery franciszkanki od św. Ojca Maksymiliana Kolbego w Japonii, dwie małe siostry Jezusa pracujące w slumsach świata, dwie karmelitanki w ciszy i rozmodleniu dźwigające dobro ponad złem w świecie. Z pośród studentów dziewięciu przyjęło święcenia kapłańskie i obecnie pracują w Polsce i za granicą.

W tym samym czasie równocześnie pracowałem wśród nauczycieli Dolnego Śląska i przez wiele lat służyłem inteligencji wrocławskiej jako kaznodzieja katedralny. Zbierałem doświadczenia, które w pełni zaowocowały w stanie wojennym.

No tak, ale stan wojenny, choć nagle, przyszedł jednak później... Co ksiądz zrobił z całym skarbem wiedzy, którą wyniósł z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego? Nie poszedł ksiądz w dyby naukowe?

Ano nie. Bóg ustrzegł... Po prostu pochłonęło mnie duszpasterstwo na różnych działkach winnicy Pańskiej. A poza tym żyjąc na Ostrowie Tumskim miałem porównanie kapłaństwa ks. Aleksandra Zienkiewicza i wielu różnych doktorów i profesorów, specjalistów teologicznych. „Wujek” też był teologiem, ale nie spuszczał oka z Człowieka!

Nie pracował ksiądz we wrocławskim Wyższym Seminarium Duchownym?...

Pracowałem, oczywiście! Od powrotu ze studiów aż do roku 1998. Pokazywałem i przybliżałem klerykom religijną przestrzeń literatury pięknej, przecież tego nie wynieśli z żadnego liceum czy technikum. Wprowadzałem w techniczne arkana mowy ludzkiej jako szczególnej sztuki oddychania dającego w efekcie mocny, właściwy i piękny dźwięk. Próbowałem też nauczyć coś niecoś z tajemnic retoryki kościelnej i praw kaznodziejstwa współczesnego. Próbowałem... Nie mogę tu nie wspomnieć słońca  homiletyki wrocławskiej w tamtych latach, księdza profesora Juliana Michalca. Pamiętam jego pierwsze rekolekcje dla studentów w katedrze, gdy miejsc nawet stojących brakowało. Wcześniej takim wziętym kaznodzieją katedralnym był ks. profesor Wiesław Gawlik. To były piękne czasy!...

Okres stanu wojennego był bardzo bogaty i pracochłonny w życiu księdza...

Ale też bardzo ciekawy. Życie przynosiło wiele niespodzianek prawie codziennie. A poza tym byłem wtedy młodym i pełnym ciekawości ludzi i świata człowiekiem. Bóg się do mnie uśmiechał, a nad głową miałem cudowny błękit Nieba.

W roku 1983 ks. kardynał Henryk Gulbinowicz skierował mnie do pracy wśród artystów wrocławskich (nie zwalniając od studentów!). Środowisko twórców rozbite i stłamszone przez władzę szukało ochrony w Kościele. I otrzymało! Zagnieździliśmy się w kościele św. Marcina pod błogosławiącą ręką (na pomniku) Jana XXIII, proboszcza świata. Pierwszym naszym wspólnym dziełem, integrującym plastyków wrocławskich i zwołującym artystów z całej Polski, było ogólnokrajowe sympozjum i wystawa pod tytułem „Droga i Prawda” dla uczczenia Jana Pawła II odwiedzającego Wrocław w 1983 roku. Wrocławianie pamiętają długie kolejki przed kościołem św. Krzyża ludzi pragnących zwiedzić wystawę pokazującą nastroje i koloryt czasu hańby na polskiej ziemi. Z tej ekspozycji wybrano piękne dary dla Ojca św. Tysiące ludzi obejrzało prace trzystu artystów profesjonalnych i amatorów z całej Polski. Na wernisażu przed kościołem św. Krzyża iluż tam było ubeków i szpiegów komunistycznych!!! Jedynie Pan Bóg to wie. Z cenzurą musiałem się ciężko mocować! A jednak udało się w czasie zdelegalizowania związku plastyków zorganizować 70 wielkich i małych wystaw promujących artystów i dających szanse zaistnienia młodym absolwentom Akademii Sztuk Pięknych.

Naród był wtedy głodny prawdziwej, wolnej kultury. Świadczyły o tym różne teatry domowe i występy estradowe w kościołach Wrocławia i  Archidiecezji....

Tak, pamiętam wyjazdy z grupą aktorów wrocławskich pod nazwą „Nie samym teatrem...”. Odwiedzaliśmy wtedy wsie i miasteczka, setki ludzi gromadziły się w świetlicach wiejskich czy w kościołach. Przedstawienia poetycko-muzyczne niosły wtedy ludziom głęboką treść i religijną, i patriotyczną. Mniej bawiły, a więcej uczyły. Przywoływały wielkich bohaterów narodowych, przez przypominanie dziejów ojczystych uczyły wytrwania, wlewały nadzieję w serca. Karmiły strawą duchową. Były ze wszech miar potrzebne i celowe.

Jednak wtedy ludzie nie tylko byli głodni duchowo i z ochotą przyjmowali treści religijno-patriotyczne. Inny głód zaglądał do rodzin...

O, starsi dobrze to pamiętają... To był czas wielkiej dosłownej biedy. Wielu rodzinom brakowało chleba powszedniego. W całym Wrocławiu powstawały wtedy coraz to nowe punkty dokarmiania zupą. Wszystkie klasztory żeńskie otwierały swoje bramy dla biednych. Zagranica pospieszyła tu szybko z pomocą, rozdzielaną następnie w parafiach. Właśnie wtedy z ludźmi modlącymi się w kościele św. Marcina założyliśmy „Fundację św. Marcina” pomagającą najbardziej potrzebującym. Co uzbieraliśmy, to rozdawaliśmy biednym artystom, a chleba i zup w puszkach z Taizé nie odmawialiśmy nikomu. Współpracował wtedy z nami wielki chlebowy „Mamut”.  Zdobywaliśmy i rozdawaliśmy bony żywnościowe na obiady w barach i restauracjach. Kilkakrotnie organizowaliśmy dla najbiedniejszych wieczerze wigilijne w samym dniu Wigilii Bożego Narodzenia; tak było na Wzgórzu Partyzantów, w stołówce Domu Towarowego „Centrum” czy też w Hotelu „Wrocław”, tam biedacy byli przyjmowani iście po królewsku!

Nic ksiądz nie wspomina o swoich kazaniach w stanie wojennym i o cenie, jaką przyszło księdzu płacić za to żywe, gorące słowo Boże...

Nie ja jeden mówiłem kazania poruszające aktualne tematy tamtego czasu... Wielu było odważnych księży w całej naszej Archidiecezji, zresztą podobnie i w całej Polsce, szczególnie podczas specjalnie organizowanych i bardzo licznie frekwentowanych Mszy za Ojczyznę. Uczestniczyli w nich starzy i młodzi, wierzący i niewierzący. We Wrocławiu bardzo aktywne były środowiska akademickie i robotnicze. W pamięć się wbiły wrocławianom „Wawrzyny” z ks. Stanisławem Orzechowskim, dominikanie z o. Ludwikiem Wiśniewskim, kapucyni na Sudeckiej z o. Adamem Białkiem czy też jezuici na Al. Pracy z o. Adamem... Któregoś dnia na spotkaniu duszpasterzy akademickich ks. kardynał Henryk Gulbinowicz powiedział do nas: „Mówcie odważnie i mądrze!”. Tak też starałem się mówić podniesiony na duchu również przez Jana Pawła II, który wysłuchał (z taśmy przemyconej do Watykanu) kazania w  katedrze z 13 stycznia 1982 roku.

A jaką cenę ksiądz zapłacił za te odwagę?...

Nie myślałem wtedy o cenie. Ale, oczywiście, zapłaciłem przede wszystkim chorobą wrzodową i nerwami. Moja Mama , gdy dowiedziała się o moich perturbacjach zdrowotnych i szykanach ubeckich, powiedziała mi: „Mirek, nie możesz nie mówić!”. Wrocławskie środowisko lekarskie wie doskonale, w jaki sposób ratowano mnie od aresztowań, rozpraw sądowych i wyroków. Kilka miesięcy przeleżałem w różnych szpitalach. Miałem prowadzone dwie rozprawy (obrońcą był mecenas Rossa) i przygotowane dwa wyroki po trzy lata więzienia. Od obu uwolniła mnie dwukrotna amnestia z okazji 22 lipca (i jak tu nie lubić czekolady Wedla!?). Pani wspomniała o odwadze. Odpowiem szczerze, ja bałem się okropnie, przed i po każdym kazaniu. Za każdym razem byłem wzywany na Podwale i godzinami przesłuchiwany w wielkim stresie. Nagrodą były odwiedziny i dobre słowa wielu wrocławian przychodzących do szpitala po Mszach św. w katedrze. Często przychodzili nieznajomi i przynosili kwiaty. To mi dodawało optymizmu. Odwagi uczyłem się również od woluntariuszy z Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego pomagających rodzinom internowanych i przemycających grypsy z więzienia czy z „internatu”.

Co pozostało po tamtych czasach?

We mnie?... Poczucie spełnionego obowiązku. Przepraszam, to zabrzmiało okropnie, ale takie mam przeświadczenie. To był mój podwójny obowiązek: religijny i patriotyczny. Pozostała też wyraźna radość, rodząca się szczególnie wtedy, gdy w różnych kościołach Polski, także na Jasnej Górze, głosiłem kazania. Czułem, że wrastam w Wielką Narodową Rzecz, jaką tworzyło 10 milionów Polaków – Solidarność. Z rzeczy materialnych pozostały teksty kazań przepisywane na kartkach i krążące po kraju oraz taśmy magnetofonowe z kazaniami pieczołowicie przechowywane w rodzinach. Z tych taśm, które znalazły się za granicą, powstał w Paryżu pierwszy zbiór kazań stanu wojennego wydany przez oficynę „Spotkania”. Dwa następne rozszerzone zbiory wydano już w Polsce. We Wrocławiu w „Wydawnictwie Dolnośląskim” i w Częstochowie w wydawnictwie „Niedziela”. To ostatnie było przygotowane na 46 Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny, który miał miejsce w naszym mieście w 1997 roku. Jest jeszcze jedna maleńka pamiątka z tamtych czasów, niestety już nie do zdobycia, tomik wierszy „Rozmyślanie drzewa figowego”, który mi wydała Solidarność w Legnicy. Tomik kuriozalny, bo cały poorany ingerencjami cenzora wojewódzkiego.

Był też w życiu księdza „okres radiowy”...

Krótki, bo tylko 5 lat, ale za to bardzo intensywny w działaniu. Zresztą wtedy okresy zachodziły na siebie. Jeszcze pracowałem z artystami, a już trzeba było organizować radio. W latach 90-tych, po „okrągłym stole”, sytuacja społeczna i polityczna bardzo się zmieniła w Polsce. Czerwoni, którzy najpierw ze spuszczonymi głowami wynieśli swój sztandar ze sceny politycznej, po krótkim  czasie zaczęli się wybielać na liberałów. Nastąpiło w oficjalnych publikatorach  niszczenie tradycyjnych wartości chrześcijańskich i zmasowany atak medialny na Kościół.  Zaczęliśmy „Pod 4” myśleć o katolickim radiu. Najpierw przez cały 1992 rok spotykaliśmy się co miesiąc na modlitwie  i dyskutowaliśmy o tym, jak się stwarza radio. Dosłownie: „stwarza”, bo z niczego! W tym czasie Jan Paweł II podkreślał często, że ratunek świata jest w odnowieniu moralnym rodziny. Nazwę więc już znaleźliśmy! Trzeba było jeszcze szukać sponsorów... Pierwsza emisja Katolickiego Radia Rodzina we Wrocławiu rozpoczęła się 16 października 1993 roku o godz. 6 rano. Ileż wtedy było radości! Radość tę potęgowali studenci – wolontariusze, którzy swój wolny czas poświęcali na pracę w naszej redakcji i przy „hebelkach”. Bywały takie miesiące, że na liście pracowników widniało 300 nazwisk.

W ubiegłym roku nasze Radio świętowało swoje pierwsze dziesięciolecie. To była bardzo podniosła uroczystość, ale nie zauważono tam osoby ks. Prałata.

Otrzymałem, po interwencji pewnego księdza z Kurii u dyrekcji Radia,  druk zaproszeniowy (z niedbale wpisanym moim imieniem i nazwiskiem) na dwa dni przed uroczystością...

Życzę Katolickiemu Radiu RODZINA wiele następnych jeszcze piękniejszych dziesięcioleci. Uroczystość jubileuszowa była dobrą okazją, aby podziękować setkom młodych wrocławian, wolontariuszom radiowym, dziś już pracującym i żyjącym w swoich rodzinach, za ten wielki żar i stałość serca  przy tworzeniu jedynej wtedy katolickiej rozgłośni na Dolnym Śląsku. Nie wolno było zapomnieć o „Stowarzyszeniu Krzewienia Kultury Katolickiej”, którego członkowie sponsorowali i budowali to radio dosłownie własnymi rękoma od fundamentów w przyziemiu pod schodami... Pierwsze 5 lat to okres ogromnego wysiłku ludzi świeckich żyjących i wyznających istotne wartości chrześcijańskie. Ta pionierska praca przygotowała dalszy rozwój radia. Należało o tym wyraźnie powiedzieć. Gdy się czytało w katolickim tygodniku sprawozdanie z uroczystości jubileuszowej katolickiego Radia, nie sposób było nie pomyśleć o kuriozalnej tezie historycznej, według której dzieje Polski rozpoczęły się w 1944 roku. No cóż, „homo sovieticus” nie umarł.

Od grudnia 1998 roku jest ks. Prałat proboszczem Parafii p.w. Matki Bożej Częstochowskiej obejmującej osiedla Szczytniki, Zacisze i Zalesie na tzw. Wielkiej Wyspie we Wrocławiu.

   Już szósty rok ciągnę ten „proboszczowski wózek”. Ale byłem tu już wcześniej, przed trzydziestu laty, jako wikariusz u ks. dra Wilhelma Dorożyńskiego, który wcześniej uczył mnie w Seminarium Duchownym nauki społecznej Kościoła. W dużym stopniu te resentymenty wpłynęły pozytywnie na moją decyzję przyjęcia tego probostwa. A przyszedłem tu w sytuacji istotnej konieczności: parafia była osierocona przez śmierć poprzednika,  ks. Henryka Piotrowskiego. W Kurii mówili: to wspaniała, inteligencka parafijka. Weź ją, niewiele tam do roboty... Jakże się mylili! Dziś żaden z moich parafian, widzący cośmy zrobili z kościołem  przez pięć lat, nie podzieli tej opinii. A przecież to dopiero pierwszy etap rewaloryzacji i uzdatniania przestrzeni naszej świątyni do potrzeb liturgicznych i społecznych. Trzeba pamiętać, że od roku 1850 był to budynek należący do kompleksu pałacu myśliwskiego i po stu latach zaadaptowany został do potrzeb religijnych. Po wojnie wszystko robiło się „tymczasowo”, bez właściwej konserwacji. Po następnym półwieczu właśnie my stanęliśmy wobec groźby zawalenia się dachu na kościele. Uratowaliśmy budynek, postawiliśmy nową więźbę na wzmocnionych murach i pokryliśmy nową dachówką. Obecnie w dalszym ciągu zabezpieczamy i upiększamy kościół wewnątrz i na zewnątrz. Odnowiona fasada zachodnia bardzo się podoba wszystkim gościom przejeżdżającym  Aleją Kochanowskiego. Kościół ogrodziliśmy solidnym parkanem, a teraz budujemy drogę procesyjną wokół świątyni. Na przyszłość mamy już plany i projekty rozbudowy kościoła, bo coraz w nim ciaśniej.

      Proszę jeszcze zdradzić przynajmniej niektóre swoje plany, a nawet marzenia, związane z pracą duszpasterską.

   Żadnej zdrady nie będzie, bo moi parafianie znają moje plany i marzenia duszpasterskie i mogą wnioskować z tego, co już wspólnie zrobiliśmy. Przede wszystkim całe przyziemie plebanijne, zniszczone 1997 przez powódź, zostało odremontowane i oddane do użytku parafian młodych i starszego pokolenia. Jest tam duża sala spotkań wraz z kawiarenką. Regularnie co niedzielę po Mszach św.  można spotkać się ze znajomymi, zjeść ciastko i wypić dobra kawę czy herbatę. Jest też mniejsza sala z kominkiem dla małych grup modlitewnych czy dyskusyjnych. Wszystko to istnieje zaledwie 4 lata i było robione z myślą o integracji społecznej i pokoleniowej naszej parafii. Młodzież naszą próbuje wychowywać i przygotowuje do dojrzałego życia ks. Zbigniew Sowiński, katecheta w II Liceum Ogólnokształcącym. Dużą frekwencją średniego pokolenia cieszy się „Droga do Emaus” – godzina biblijna – prowadzona przez ks. dra Ryszarda Zawadzkiego. Młodzież akademicka gromadzi się co niedzielę na Mszy św. wieczornej o godz. 19:00. Założyliśmy Klub Złotej Jesieni, w którym „Stowarzyszenie św. Wincentego á Paulo” realizuje dla starszych parafian bogaty program kulturalny. Stowarzyszenie ma pieczę nad wszystkimi biednymi rodzinami w parafii. Ono też organizuje „dni chorych” dla tych , co nie mogą przyjść do kościoła. Powstał rodzimy chór parafialny zrzeszający młodych i starszych śpiewaków, założony dwa lata temu przez pana Piotra Matuszewskiego. On tez opiekuje się liturgiczną scholą dziecięcą. Istnieje od trzech lat w parafii „Rodzina rodzin” skupiająca młode małżeństwa na wspólnej modlitwie i rozmowach na tematy małżeńskie i rodzinne. „Rodzina rodzin” ambitnie organizuje dni skupienia dla małżonków i rodziców z całej Wielkiej Wyspy. Od pięciu lat działa i modli się w parafii „Odnowa w Duchu Świętym”, która przeprowadza co dwa lata Seminarium odnowy życia duchowego wśród parafian. Poza tym okazji do indywidualnego skupienia przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie w ciszy nie brakuje w naszym kościele. Coraz więcej parafian w różnym wieku korzysta z tych okazji. Najstarszą formacją życia duchowego w naszej parafii są koła różańcowe. Mamy pięć Róż, które przetrwały pod rządami dwóch poprzednich proboszczów i teraz dalej się modlą z godną naśladowania wytrwałością.

Jakie jest moje obecnie największe marzenie duszpasterskie?.... Parafianie wiedza, bo wspólnie o to często się modlimy. Marzę o takim obudzeniu i odnowieniu religijnym parafii, by z jej rodzin zaczął Pan Jezus wybierać chłopców do kapłaństwa, a dziewczęta do życia konsekrowanego. Dotychczas parafia może cieszyć się jednym powołaniem kapłańskim. Stąd pochodzi ks. Stanisław Karawan, wychowanek ś. p. księdza proboszcza Wilhelma Dorożyńskiego.

Dziękuję za rozmowę i proszę o przyjęcie od Redakcji i Czytelników „Nowego Życia” najlepszych życzeń wielu jeszcze twórczych i owocnych lat kapłaństwa dla dobra Kościoła wrocławskiego.

Rozmawiała Katarzyna Wyzga