JAN PAWE£ II:

Ka¿dy musi byæ przygotowany

do tego, ¿e stanie

przed Panem i Sêdzi±.


Rozwi

O mnie




DZIELI£Y NAS TYLKO GÓRY
  
Dzieli³y nas tylko góry.

Wywiad Violletty Nowakowskiej z ks. Miros³awem Drzewieckim.


            Parafia p.w. Matki Bo¿ej Czêstochowskiej przy ul. Kochanowskiego po³o¿ona jest na skraju starego parku tu¿ za mostem Szczytnickim. Wchodz±c po schodkach  na plebaniê, ³apiê siê na tym, ¿e czujê rado¶æ, ale mam te¿ tremê przed tym spotkaniem po latach. Ksi±dz Miros³aw Drzewiecki - Emir - który przeszed³ do historii jako duszpasterz studentów i ¶rodowisk twórczych, za³o¿yciel Katolickiego Radia Rodzina i kaznodzieja wyg³aszaj±cy p³omienne kazania patriotyczne by³ kiedy¶ moim szefem i sta³ siê... mimowolnym sprawc± pierwszej napisanej przeze mnie ksi±¿ki.
            By³ rok ‘95. Czytane na antenie radia opowiadania dla dzieci Ma³gorzaty Musierowicz cieszy³y siê wielkim powodzeniem. Kiedy cykl siê skoñczy³ rozdzwoni³y siê telefony od zawiedzionych przedszkolaków i ich rodziców. Na pró¿no szuka³am czego¶ do kontynuacji, co spe³nia³oby oczekiwania moich radios³uchaczy (chodzi³o dok³adnie o pierwszaki i dzieci z zerówki) Trafi³am jedynie na "Piotrusia Zucha", który by³ jednak zbyt mocno osadzony w realiach minionej, socjalistycznej epoki.
- Nie znalaz³am nic odpowiedniego - poskar¿y³am siê ksiêdzu dyrektorowi przy okazji ustalania ramówki.
- Masz przecie¿ dziecko w tym wieku. Sama co¶ napisz - machn±³ rêk± zniecierpliwiony, ¿e zawracam mu g³owê tak± bzudr±.
- Ja? - zdziwi³am siê (zajmowa³am siê "doros³ym" informatorem kulturalnym, audycje dla dzieci to by³a tylko "przystawka") Przecie¿ to zupe³nie ró¿ne dzia³ki.
- A, tam - machn±³ rêk±. - Wielkie rzeczy! Napisz.
Ks. Drzewiecki móg³ sobie pozwoliæ na tak± nonszalancjê. Có¿ dla niego znaczy³o napisaæ... "Wielkie rzeczy, pisanie"... Do historii miasta przesz³a anegdota o tym, ¿e je¶li kto¶ ze znaczniejszych postaci w Ko¶ciele wyg³osi³ zaskakuj±co dobre kazanie, natychmiast znajdowa³ siê z³o¶liwiec, który komentowa³: "za dobre, pewnie Drzewiecki mu pisa³".
            Stoj±c na schodkach powtórnie nacisnê³am dzwonek. Machinalnie przetar³am d³oni± l¶ni±ce ok³adki obu ksi±¿ek, które przynios³am w prezencie. "Jestem Jonatan" i "Których spotka³am..." Pierwsz± animowa³ ks. Drzewiecki, druga by³a jedn± z moich opowie¶ci o Orzechu. Orzech... Po to tu przysz³am.
            Emir i Orzech studiowali na jednym roku w seminarium, a potem równolegle na KUL-u, zjedli razem beczkê soli. Mocno ze sob± z¿yci odwiedzali siê te¿ w swoich rodzinnych domach.
We Wroc³awiu jednakowo byli wzywani milicyjnie lub zabierani szar± wo³g± na przes³uchania na Podwalu, czy te¿ stawali przed obliczem szefa na Katedralnej. Mia³am nadziejê, ¿e ks. Drzewiecki zechce mi o tym wszystkim opowiedzieæ...
            Za drzwiami us³ysza³am kroki. Westchnê³am i w my¶li poprosi³am o pomoc Ducha ¦wiêtego. Pomoc zawsze siê przydaje, a dzi¶ przyda siê szczególnie. Tym razem przysz³am tu po to, by spisaæ prawdziwie "Wielkie Rzeczy".
Pocz±tek tej opowie¶ci...
- Co to za projekt?
- Czterdziestopiêciolecie kap³añstwa Orzecha. Ksi±¿ka o Orzechu bez Orzecha.
- To tytu³?
- Nie, tytu³ jest "Orzechowy plon".
- (zamy¶lenie) "O Orzechu bez Orzecha" bardziej mi siê podoba. Brzmi lepiej - intryguj±co.
- Musi zostaæ "Orzechowy plon”, bo to zmierza do takiej konkluzji, ¿e ¿ycie Orzecha to klêska urodzaju. Bo jemu to wszystko... wymknê³o siê ju¿ spod kontroli.
Ksi±dz Drzewiecki patrzy na mnie uwa¿nie.
- Co mu siê wymknê³o?
- Wszystko. Ilo¶æ ludzi, których przyprowadzi³ do Pana Boga. O wielu nawet nie wie. Wymknê³a mu siê liczba studentów, którymi zawiaduje. Ilo¶æ dzia³añ. Us³ysza³am opowie¶æ kogo¶, kto przyszed³ na chrzest, zaprosi³ go¶ci, a...
- ...Orzecha nie ma! (¶miech)
- Tak. Bo on ju¿ tego nie ogarnia. Ale ci, którzy o tym mówi±, wcale na niego nie psiocz±. Wymknê³a mu siê ilo¶æ zajêæ i czas, który po¶wiêca ludziom, czego nastêpstwem s± równie¿ wymykaj±ce siê spod kontroli emocje. Du¿o ró¿nych rzeczy. Ale to go w ¿aden sposób nie umniejsza. Kto¶ m±dry powiedzia³ to ju¿ przede mn±, ¿e miar± cz³owieka s± te czyny, do których jeste¶my zdolni. A s³abo¶æ nie umniejsza wielko¶ci...
- Je¶li kto¶ jest wielko¶ci±.
- W³a¶nie. A moim zdaniem Orzech jest.
- No, my¶lê! S±dzê, ¿e ca³e nasze miasto siê pod tym podpisze. Wiêcej nawet ni¿ miasto. Orzech to firma! To jest bezdyskusyjne. Jest wielko¶ci±. Jest osobowo¶ci±. Jest Kim¶ w tym mie¶cie. Tylko kto¶ taki, kto abolutnie nie chce my¶leæ o Ko¶ciele i o Panu Bogu, mo¿e nie wiedzieæ o Orzechu. Ale o nim wiedz± wszyscy. Studenci, liceali¶ci i gimnazjali¶ci i stare konie z „Wawrzynów” czy spod "Czwórki", s±siedniego duszpastertwa. Tak... - ks. Drzewiecki znów zamy¶la siê na chwilê - tu mo¿e byæ pocz±tek tej opowie¶ci...
Orzech nie jest puszysty.
Trzeba zacz±æ od tego, ¿e razem studiowali¶my w seminarium. Ten sam rocznik, je¶li chodzi o ¶wiêcenia kap³añskie. Najpierw sze¶æ lat razem w seminarium, a potem byli¶my nie tak daleko od siebie. Po ¶wiêceniach Orzech by³ u ¶w. Barbary w Nowej Rudzie, w ¶rodowisku górniczym, a ja by³em w Kudowie, zupe³nie blisko, ¿abi skok. Czy w seminarium "skumplowali¶my siê"? No pewnie, ¿e byli¶my kumplami. Czy szybko siê odnale¼li¶my? Tak, ca³e sze¶æ lat temu s³u¿y³o. Od pocz±tku Orzech prze¿ywa³ seminarium dramatycznie, okaza³o siê, ¿e jest chory. Musia³ siê leczyæ i musia³ siê… ukrywaæ. Bardzo chcia³ byæ ksiêdzem i sw± chorobê trzyma³ w tajemnicy, inaczej kazano by mu opu¶ciæ seminarium. Nikt z chorym cz³owiekiem nie chce siê umawiaæ na ca³e ¿ycie. Postanowi³ ukrywaæ stan swego zdrowia a¿ do momentu wyleczenia. I rzeczywi¶cie, dziêki £asce Bo¿ej, swej silnej woli i skutecznej pomocy dobrych lekarzy, wyzdrowia³. Potem jeszcze d³ugie lata bra³ leki, które powodowa³y jego „przyrost nadnaturalny” - jak kpilismy w ¿ywe oczy. My¶lê, ¿e Orzech nie jest puszysty, raczej jak u Wyspiañskiego: „ch³op potêg± jest i basta!”.
 
By³ bardzo lubiany.
Jak siê kumplowali¶my? Zwyczajnie. Mieszkanie w seminarium dawa³o wiele okazji do przebywania razem w ró¿nych grupach. Na przyk³ad: obok siebie na wyk³adach, w ³awach w kaplicy, przy d³ugich sto³ach w refektarzu. Oczywi¶cie, bardzo wi±za³o ludzi ze sob± mieszkanie w kilkuosobowych pokojach. Pamiêtam, ¿e na pierwszym roku mieszkali¶my w salach po 10 osób. Pokoje zmieniane by³y co semestr, dawa³o to mo¿liwo¶æ poznania siê z wieloma kolegami.
 Nie zdawali¶my razem egzamminów, bo on by³ na "O". Z tego powodu czê¶ciej zdawa³em z ks. Micha³em Ch³opowcem, który obecnie jest profesorem we wroc³awskim PWT,  z ks. Janem Choroszym (niestety, ju¿ ¶. p.), który by³ profesorem na PWT i na uniwersytecie w Sztrasburgu we Francji. Obaj byli na "C", czyli w alfabecie tu¿ przede mn±. Za mn± by³ jeszcze wspania³y kolega ks. Franciszek G³ód, obecnie wyk³adowca na PWT i wielki dobroczyñca ludzi g³odnych i bezdomnych. Trzymali¶my siê razem i razem robili¶my du¿o rzeczy. Dobrych i z³ych. To by³ pamiêtny, dynamiczny rocznik, ale pod szczê¶liw± gwiazd±. Proszê sobie wyobraziæ, z naszego roku na dalsze studia ks. Rektor Latusek wys³a³ o¶miu ksiê¿y, jeden nawet otrzyma³ sakrê biskupi± w obrz±dku grecko-katolickim. Podczas ró¿nych pielgrzymek, na przyk³ad na Górê ¶w. Anny, czy w Kotlinê K³odzk± lub na Jasn± Górê, wszêdzie trzymali¶my siê razem. To nie znaczy, ¿e separowali¶my siê, ka¿dy z nas mia³ jeszcze innych bliskich kolegów. Orzech by³ bardzo lubiany na roku.


Z nim mo¿na by³o konie kra¶æ.
Jakie z³e rzeczy robili¶my? (¶miech) Pamiêtam kiedy¶ by³ dzieñ skupienia w seminarium. Polega to na tym, ¿e w ca³ym domu jest cisza. Nie rozmawia siê. W ciszy spo¿ywa siê posi³ki, choæ oczywi¶cie jest modlitwa g³o¶na, ale poza tym takie smêtne snucie siê po korytarzach i ¶cie¿kach ogrodu. By³ z nami ojciec Kamiñski, te¿ ju¿ nie¿yj±cy i niezwykle ¶wi±tobliwy kap³an, który nas obserwowa³ i prowadzi³ dla nas konferencje. My byli¶my jeszcze wtedy "portugali±" czyli spo³eczno¶ci± w portkach, bez sutann. I po jednej konferencji, bardzo pobo¿nej i mêcz±co m±drej i d³ugiej, ca³a nasza grupa ruszy³a na podwórko seminaryjne, gdzie jest niewielka górka zwana przez nas „Olimpem”. Zaczêli¶my stamt±d zje¿d¿aæ na sankach - bez sanek i pamiêtam tylko tê nasz± niebotyczn± rado¶æ z tej zabawy i ojca duchowego, który zamkn±³ oczy i zgorszony mówi³ pod nosem, cicho do siebie: "Jezus, Jezus..." Byæ mo¿e walczy³ ze sob±, czy nas pogoniæ z tej górki, czy nie, ale w koñcu zostawi³, bo te¿, my - spryciarze - tarzaj±c siê w tym ¶niegu do upad³ego, zje¿d¿aj±c i ustawiaj±c w kolejce do nastêpnego zjazdu, s³owem, wariuj±c nieprzeciêtnie, nie z³amali¶my ¿adnego prawa, bo robili¶my to wszystko absolutnie bezg³o¶nie. Bawili¶my siê w idealnej ciszy. Orzech by³ bardzo dobry do tych spraw. Z nim mo¿na by³o konie kra¶æ.


Ci±gnê³o go, jak nie wiem...
Kto¶ kiedy¶ u¿y³ bzdurnych lecz dowcipnych okre¶leñ, "plusy dodatnie" i "plusy ujemne". To bardzo pasuje do Orzecha, bo on mia³ w³a¶nie trochê takich plusów ujemnych. Przyk³ady? Proszê bardzo. W seminarium palenie papierosów, a tym bardziej - nie daj Bo¿e – na³ogowe zaci±ganie siê, by³o nie do pomy¶lenia. Palacze musieli siê ukrywaæ za budynkiem archiwum, gdzie mieszka³ biskup Wincenty i czasem z okna dekonspirowa³ ich, ale zawsze z u¶miechem. Rektor, biskup Latusek têpi³ palaczy. Wyczuwa³ ich na odleg³o¶æ, podchodzi³ do delikwenta, bra³ za klapy i patrz±c w oczy mówi³: „kurzy, kurzy? Mo¿e chce wracaæ do mamy?...” Orzech postanowi³ oduczyæ Micha³a palenia raz na zawsze. - Co to ma byæ - mówi³ - pal±cy ksi±dz!? Do czego to podobne! Zabra³ siê do tego - jak to Orzech - metodycznie. ¯eby nie byæ pustym moralizatorem postanowi³ to prze¿yæ. (¶miech) I tak Orzech... zacz±³ paliæ. Micha³ przesta³, a Orzech pali³. Ci±gnê³o go, jak nie wiem... Mia³ z tym k³opoty jeszcze po ¶wiêceniach, na pielgrzymkach. Nakazywa³ niepalenie, ale nie jestem pewien, czy ze stuprocentowym przekonaniem. Mia³ z tym trudno¶ci.


 Odpowiada³em „tak” i by³a wieka rado¶æ.
Rozrabiali¶my. Czy umiarkowanie? Nie zawsze, ale za to bez przekraczania granic. Orzech nigdy nie by³ draniem, natomiast zawsze by³ i jest cz³owiekiem ogromnego poczucia humoru. Umie zobaczyæ ma³e rzeczy, które ¶miesz±, a co najwa¿niejsze, najpierw zawsze widzi je w sobie. Nie zauwa¿y³em, ¿eby o¶miesza³ kogo¶, ale z siebie ¶mia³ siê nieustannie. By³ bardzo lubiany, a moja mama za nim przepada³a. Bo na jubileusze naszych rodziców je¼dzili¶my wspólnie. Ja bywa³em u Orzecha, on by³ u mnie, kiedy moja mama i tata obchodzili trzydziestolecie ma³¿enstwa. Gdzie? W Kostrzy ko³o Strzegomia - to mój dom rodzinny. Kiedy mówi³em, ¿e przyje¿d¿am z kolegami, mama zawsze tak samo pyta³a: "A Stasiu bêdzie? A Misiu? Franiu te¿?" (Jasiu nie odwiedza³ mego domu). Odpowiada³em „tak” i by³a wieka rado¶æ.
 
Orzech – wiadomo, nie trzeba by³o wymy¶laæ.
A sk±d siê wzi±³ „Emir”? - St±d co i „Orzech”. Obie ksywy pojawi³y siê dopiero w duszpasterstwach akademickich. Moja u ksiêdza Zienkiewicza – „Wujka”. Dobrym moim koleg± by³ wówczas ks. Adam Dyczkowski, pó¼niejszy biskup. Je¼dzili¶my razem na obozy, ale ¿e to przecie¿ by³a komuna, wiêc nie mo¿na by³o siê zdradziæ, ¿e obóz jest pod patronatem Ko¶cio³a. Nawet fakt, ¿e tam jest ksi±dz nale¿a³o trzymaæ w tajemnicy. Biskup mia³ swoj± ksywê „Harna¶”, a jak ja przyszed³em do C.O.D.A., studenci wymy¶lili mi tego Emira, bo w listach podpisywa³em siê Mir... Kto¶ machn±³ rêk± - eee, Mir... I tak zosta³o. A „Orzech”? – wiadomo, nie trzeba by³o wymy¶laæ.
 Kilka doktoratów.
Orzech zacz±³ swoje wawrzynowe dzia³anie w latach siedemdziesi±tych. Wróci³ z KUL-u w ‘72. roku. Rozpocz±³ jako duszpasterz akademicki i jednocze¶nie jako duszpasterz rodzinny. Jego zajêcie siê rodzin± wynika³o st±d, ¿e studiowa³ teologiê praktyczn±, duszpasterstwo rodzinne na KUL-u. I pisa³ doktorat. No, mia³ napisaæ, ale my¶lê, ¿e przy jego zajêciach, to musia³by kto¶ zredagowaæ. S³uchaæ, co on mówi, spisywaæ i uk³adaæ w rozdzia³y…  Poza tym, gdyby tak zebraæ jego nauki, jakie dawa³ i daje narzeczonym na temat ma³¿eñstwa, mi³o¶ci, odpowiedzialno¶ci i wszystkich zwi±zanych z tym tematów, to ju¿ mieliby¶my kilka doktoratów.


On mówi ca³ym swoim ¿yciem.
Orzecha kojarz± wszyscy g³ównie z naukami przedma³¿enskimi, z dialogami ma³¿onków, z ¿ywym duszpasterstwem. I piêknie, ale ta mocna dzia³alno¶æ te¿ czasami powoduje, ¿e Orzech nie we wszystkch proboszczach ma przyjació³. Dlatego, ¿e bardzo czêsto do kancelarii przychodz± ludzie i mówi±: „my chodzimy do Orzecha”. Proboszcz pyta: "czy wy jeste¶cie studentami?" "Nie, ale byli¶my kiedy¶". Przychodz± czasami z dzieæmi, a niekiedy te dzieci te¿ s± niemal w wieku studenckim. A oni ca³y czas "chodz± do Orzecha". I zdarza siê, ¿e jest zatarg, bo ci ludzie nie uczestnicz± w ¿yciu w³asnej parafii, s± tam nieobecni. Ale do kancelarii przychodz±, bo DA nie jest urzêdem. Tak wiêc Orzech nie tylko mia³ swoich wrogów w ubecji, gdzie mu ci±gle dokuczali i w stanie wojennym wozili go na przes³uchania szar± wo³g±. Raz go zwinêli w kom¿y. Nawet teraz ¶miaæ mi siê chce, gdy sobie pomy¶lê, jak zabawnie musia³ wygl±daæ  siedz±c w bia³ej, wykrochmalonej kom¿y w ubeckiej wo³dze. SB czy UB - to by³ wróg naturalny, wspólny. A oprócz tego Orzechowi przygl±daj± siê i przys³uchuj± s³uchacze wymagaj±cy, którzy komentuj± niezbyt pozytywnie poziom jego kazañ czy konferencji. Bo on przy swojej wielozadaniowo¶ci i ci±g³ym niedoborze czasu niekiedy liczy na to, ¿e bêdzie gada³ z serca, i to ma wystarczyæ… Jakkolwiek by mówi³, gdy siê zna go d³u¿ej, nie sposób tego nie przyj±æ, bo on „mówi” swoj± osobowo¶ci±. Nie jest tak, ¿e Orzech mówi zawsze piêknie - wcale nie zawsze. ¯e zawsze m±drze - te¿ nie. Natomiast to, co daje siê zauwa¿yæ dopiero po pewnym czasie to fakt, ¿e on mówi sob± - tym kim jest i tym co robi - ca³ym swoim ¿yciem.
Cz³owiek, od którego czerpi± gar¶ciami ci, którzy przy nim s±.
Obserwowa³em studentów, którzy znale¼li siê w duszpasterstwie od pierwszego roku i widzia³em, jak niektórych z nich traktuje. To nie by³o ¿adne umizgiwanie siê, kaptowanie. Orzech potrafi³ nawet r±bn±æ piê¶ci±, jak siê z czym¶ nie zgadza³. No, ale jak siê widzia³o, ¿e rêka pañska z Orzechem jest, ¿e wszystko, czego siê dotknie, to jest po bo¿emu, ¿e on naprawdê nie robi dla siebie, ¿e zawsze widzi drugiego cz³owieka przed sob±. I kiedy siê ma wizerunek Orzecha tworzony przez lata przebywania z nim, to nastêpnie ju¿ nie jest zbyt wa¿ne, czy on powiedzia³ co¶ g³upio czy m±drze, czy on kogo¶ zby³, czy siê kim¶ zachwyci³, czy te¿ pos³a³ „kozy pa¶æ". To ju¿ nie gra roli. Orzech sta³ siê Kim¶, przy kim warto byæ, od kogo warto braæ. Bo to jest cz³owiek, od którego czerpi± gar¶ciami ci, którzy przy nim s±.


Za spraw± Orzecha.
Bardzo mi³o wspominam nasze pierwsze po ¶wiêceniach duszpasterskie dzia³ania. Orzech by³ w Nowej Rudzie, ja w Kudowie Zdroju, dzieli³y nas tylko góry, a ³±czy³a droga stu zakrêtów. Którego¶ wieczoru przyje¿d¿a pod moj± plebaniê cz³owiek i mówi zaaferowany.
- Ma ksi±dz wsiadaæ i jechaæ, a ja mam ksiêdza wie¼æ.
- Co to znaczy, mam wsiadaæ i jechaæ? - pytam. - Dok±d? I kto tak powiedzia³?
 A on na to.
-  Ksi±dz Orzechowski tak powiedzia³.
Okaza³o siê ¿e siê, ¿e zachorowa³ kaznodzieja rekolekcyjny dla m³odzie¿y. A Orzech mia³ pe³en ko¶ció³ bardzo warto¶ciowych ch³opaków ze szko³y górniczej i zale¿a³o mu, ¿eby nie rozeszli siê w niezadowoleniu. Gdy przyjecha³em, oni czekali w ko¶ciele. By³o ich wielkie mrowie. Widok z wysokiej ambony wspania³y, g³owa przy g³owie. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy to by³ region ludzi pobo¿nych. Orzech m³odymi zawiadywa³ i nie wchodzi³ proboszczowi w drogê... Stan±³em zdyszany na ambonie. O czym mówi³em? Nie pamiêtam, najpewniej o Panu Bogu. To by³ pierwszy rok mojej pracy duszpasterskiej i moje pierwsze rekolekcje. Orzech mnie tak urz±dzi³, rzuci³ na g³êbok± wodê bez ostrze¿enia. Rozgada³em siê do tych ch³opaków. To by³y ³askawsze ni¿ dzi¶ czasy dla kaznodziejów. Po 40-tu minutach Orzech wychodzi przed o³tarz i pokazuje mi d³oñmi "T" - time, ¿e mam koñczyæ. Patrzê na ch³opaków, a oni zas³uchani. Cisza jak makiem zasia³. Pytam wiêc: s³uchajcie ch³opaki, wasz ksi±dz mi pokazuje znak, ¿e mam koñczyæ. A oni wrzasnêli: Nieeee! Wiêc odwróci³em siê do Orzecha i triumfuj±co pokaza³em mu palcami skrobanie marchewki: "ciu¶, ciu¶, wstyd¼ siê!" Tak to za spraw± Orzecha niespodzianie rozpoczê³a siê moja bogata pos³uga rekolekcjonisty.


K³opoty z proboszczem.
Czy opowiem o k³opotach z jego proboszczem? Proszê bardzo. Oni ró¿nili siê jak woda i ogieñ. Wszystkim. Osobowo¶ciowo, wykszta³ceniem i chyba nawet duchem, bo Orzech zawsze mia³ du¿o szacunku do ka¿dego cz³owieka. A jako wikary by³ nawet do¶æ pokorny. Nie s³ysza³em nigdy, ¿eby Orzech mówi³ o proboszczu ¼le, czasem siê trochê po¶mia³, ale jednak zawsze z wyrozumia³o¶ci± dla ludzkich s³abo¶ci. Trzeba pamiêtaæ, ¿e by³y to czasy trudne, które mocno ró¿ni³y stare pokolenie od nowego. Zdarza³o siê czasem, ¿e staremu ksiêdzu trudno by³o o ¿yczliw± tolerancjê wobec m³odego. Proszê sobie wyobraziæ tak± historiê - dzi¶ pewnie niepojêt±... Orzech nigdy by tego nie zdradzi³, ale ja opowiem, bo by³em ¶wiadkiem tego zdarzenia. Jest ¶niadanie - jako go¶æ rekolekcjonista te¿ jestem zaproszony - siedzê przy stole, gospodyni podaje chleb, ser, herbatê. Przychodzi proboszcz, wyci±ga z kieszeni cytrynê, kroi plasterek, wrzuca do swojej herbaty, nastêpnie zawija cytrynê w serwetkê i znów chowa do kieszeni. Cytryna wtedy rzeczywi¶cie nale¿a³a do rarytasów. Takie by³y czasy, móg³ siê Orzech nauczyæ sknerstwa od proboszcza, ale nie potrafi³. Pewnie by³ za ma³o zdolny… Potem zaprowadzi³ mnie do pokoju, gdzie mieszka³, spa³ i pracowa³. Otó¿ by³a tam drewniana rama na sprê¿ynach i siennik na niej. Chcê usi±¶æ, a Orzech mówi: nie, nie siadaj z tej strony. I pokazuje mi, ¿e to ³o¿e stoi na ceg³ach, a jedna z nich jako¶ siê chybota³a. Czy Orzech martwi³ siê tym? Sk±d¿e. Sam znalaz³ sobie te ceg³y na podwórzu. A o proboszczu stara³ siê mówiæ z sympati±.


***
Podnoszê do ust fili¿ankê z herbat± jak± poczêstowa³a mnie gospodyni ksiêdza proboszcza i informujê go skwapliwie, ¿e tu, u niego na plebanii, oprócz ciasteczek i herbaty zaproponowano mi równie¿ cytrynê.
- Proszê pani - ¶mieje siê ksi±dz Drzewiecki - dzisiaj to nie sztuka. W czasach kiedy kiedy my z Orzechem byli¶my ¶wie¿o wy¶wiêconymi ksiê¿mi, to ja pamiêtam, ¿e do jedynego sklepu w Kudowie, który siê szumnie nazywa³ "Delikatesy" przychodzi³o piêæ kilogramów pomarañczy z zagranicy. Jak tu na kilkadziesi±t tysiêcy ro¼dzieliæ ten dobrobyt?! Kierowniczka nie mia³a w±tpliwo¶ci, ¿e ona nie mo¿e tego rzuciæ na ladê. Wszystko sz³o spod lady. Wiêc jeden telefon by³ do dyrektora banku, drugi do g³ównego sanatorium, a trzeci by³ do proboszcza. Ka¿dy dosta³ po kilogramie, a ¿e pomarañcze by³y du¿e, to ka¿dy dosta³ po trzy sztuki. I by³o po dostawie. W taki sposób siê ¿y³o. Ale przy tej okazji muszê te¿ wspomnieæ mojego proboszcza. Mówili¶my o nim "Father" albo"Modziu" - bo mia³ na imiê Modest. Pochodzi³ z Ko³omyi, by³ cz³owiekiem niesamowicie radosnym. Jak siê ¶mia³ na strychu, to w piwnicy by³o s³ychaæ. I mia³ jeszcze jedn±  wspania³± cechê: z pozytywnym nastawieniem podchodzi³ do wszystkiego. Orzech u swojego, nie obwijaj±c w bawe³nê, mia³ ciê¿ko. Ale ten mój "Modzio" - dusza cz³owiek. Pamiêtam jak mnie przywita³ na plebanii. Wysiadam z poci±gu i szukam ko¶cio³a, jest trochê na uboczu. Obok zauwa¿am budynek plebanii. Na ganek wychodzi ksi±dz w sutannie niski, gruby z czerwon± twarz± u¶miechniêty, i pierwsze s³owa, które powiedzia³ witaj±c mnie, brzmia³y: "Ale chudy!!!" Przy obiedzie doda³: "u nas jest dobre powietrze, poprawisz siê." By³em tam dwa lata. Z Orzechem spotykali¶y siê zazwyczaj we Wroc³awiu.


My siê na tych spotkaniach modlimy.
Nastêpny etap naszej znajomo¶ci to by³y studia na KUL-u. Mieszkali¶my w konwikcie.  To jest akademik dla ksiê¿y studiuj±cych. Taka Rzeczopospolita Studencka - Ksiê¿owska, bo tam s± ksiê¿a ze wszystkich diecezji i ze wszytkich zakonów. Naprawdê ciekawa spo³eczno¶æ. Spotykali¶my siê przy posi³kach i w wolnym czasie. Studiowali¶my wszyscy czterej, my z Orzechem na KUL-u, on teologiê pastoraln±, a ja polonistykê i homiletykê. Jasiu Choroszy i Micha³ Ch³opowiec we Francji. Nieco wczesniej psychologiê na KUL-u studiowa³ Franek G³ód, dzi¶ dobry psycholog. Franek pracuje obecnie u ¶w. El¿biety na Grabiszynku. O nim mo¿na powiedzieæ, ¿e umia³ w pe³ni, w sposób teoretyczny i praktyczny, wykorzystaæ sw± wiedzê i m±dro¶æ zdobyt± na uniwersytecie. Po ojcu odziedziczy³ naturaln± zdolno¶æ zdroworozs±dkowego widzenia ludzi i zjawisk. Pan Ignacy G³ód cieszy³ siê wielkim autorytetem w swoim ¶rodowisku parafialnym w Szczucinie. Oboje rodzice byli lud¼mi g³êbokiej wiary, podobnie jak rodzice ks. Orzechowskiego czy ks. Ch³opowca.
Tak, ma pani racjê, ró¿ni nas wiele, ale te¿ wiele nas ³±czy. Ci±gle jeste¶my sobie bliscy. Spotykamy siê regularnie na dorocznych spotkanich i jest tak, jakby¶my siê zaledwie wczoraj widzieli. Ci±gle trzymaj± siê nas ¿arty. I to, powiedzia³bym, studenckie. Potrafimy z u¶miechem ¿yczliwym patrzeæ na siebie, rejestrowaæ dowcipnie zmiany zewnêtrzne, które czas uwidacznia. Umiemy cieszyæ siê sob±. Orzech ostatnio bardzo spotê¿nia³. Pani doktor przepisa³a mu ostr± dietê. Biedak nie móg³ nic je¶æ i przyjecha³ na spotkanie z ogórkiem. Gryz³ tego ogórka z nienajszczê¶liwsz± min±, a my mu udowadniali¶my, ¿e ma super imprezê. Mo¿e sobie pani wyobraziæ, ile by³o ¶miechu. ¯ycia nie mia³. Zreszt± on nam te¿ nie pozostawa³ d³u¿ny, bo ka¿dy z nas ma swoje ¶mieszno¶ci. Powspominali¶my ciekawostki z ¿ycia... I wie pani, na tych dorocznych spotkaniach jest co¶ jeszcze. Zwykle który¶ z nas mówi podczas Mszy ¶w. kazanie. A mówiæ kazanie do kolegów to nie takie proste. Czy spowiadamy siê u siebie? Ró¿nie bywa. Czy siê zdarza³o? Oczywi¶cie. Na rekolekcjach czêsto tak bywa. Ale jest co¶ jeszcze, rzecz zupe³nie zasadnicza, dla której tak cenimy te chwile: my siê na tych spotkaniach modlimy.


W wa¿nych momentach trzymali¶my zawsze ze sob±.
Jaki by³ dom Orzecha? Wpania³y. Ojciec jego by³ dró¿nikiem kolejowym. Mieszkali w Kobylinie przy skrzy¿owaniu linni klejowej z drog±. Matka w tym domu by³a wszystkim. To by³a i szyja, i g³owa. Chocia¿ zawsze na ka¿dym kroku podkre¶la³a znaczenie autorytetu ojca. Tam ch³opak ¿aden, a ch³opaków by³o czterech, nie móg³ z³ego s³owa powiedzieæ o ojcu. Nie wolno by³o. Ale wiadomo, ¿e decyzjê podejmowa³a matka, choæ nigdy bez wiedzy ojca. W domu Orzecha panowa³ „matriarchalny patriarchat”. Mi³o by³o go¶ciæ w tym domu. Z¿yli¶my siê nie tylko ze sob±, ale i z naszymi rodzicami. Wa¿ne chwile ³±czy³y nas. Najpierw spotykali¶my siê na jubileuszach, a potem na pogrzebach. Pogrzebali¶my mamê i ojca Orzecha. Stachu przyjecha³ na pogrzeb mojej mamy i mojego ojca. By³y chwile radosne i smutne, ale w tych wa¿nych momentach trzymali¶my zawsze ze sob±.


Dlaczego moja mama tak lubi³a Orzecha?

Ludzie! I to jak lubi³a! Wie pani, ja nawet by³em zadrosny. I te¿ zastanawia³em siê, dlaczego ona ich tak bardzo lubi, bo Micha³a i Franka równie¿. My¶lê, ¿e i Micha³, i Stachu, i Franek urzekli j± swoj± osobowo¶ci±. A inna rzecz, ¿e oni równie¿ bardzo j± polubili, bo by³a warta tego. To by³a wzajemna sympatia. Moja mama ju¿ po mnie nie mog³a mieæ dzieci. Ca³ym sercem kocha³a dzieci s±siadów, jej mieszkanie nie by³o nigdy puste, a dzieciaki zawsze otrzymywa³y jakie¶ smako³yki. Czasami siê z nimi modli³a. Gdy koledzy przyje¿d¿ali ze mn± do domu, to w mieszkaniu by³o tak, jak zawsze lubi³a: gwarno i weso³o. W ogóle by³a bardzo owarta, je¶li chodzi o ludzi. Ale to j± kiedy¶ zgubi³o. Raz mia³a wpadkê. I to jak±! (¶miech) By³o to podczas ferii Bo¿ego Narodzenie. Pierwszy wyjazd z seminarium do domu. Którego¶ dnia wracam z ko¶cio³a, a mama mówi: masz go¶cia. Czeka³ na mnie cz³owiek m³ody, w sile wieku o inteligentnym wyrazie twarzy. Mama my¶la³a, ¿e to kto¶ z seminarium, wiêc ugo¶ci³a go serdecznie i obficie. Wchodzê do pokoju i widzê zupe³nie obcego mi mê¿czyznê. Nikt z seminarium. Kto to mo¿e byæ? Po kilku s³owach zorientowa³em siê, ¿e ten cz³owiek chce mnie odci±gn±æ od seminarium. Zaproponowa³ mi darmowe studiowanie na pañstwowej uczelni. Usi³owa³ udowodniæ, ¿e tam prawdziwie siê rozwinê intelektualnie, obiecywa³ wspania³± karierê. By³ bardzo dobrze przygotowany do rozmowy, zna³ szczegó³y z mojego ¿ycia szkolnego w liceum w Jaworze. Cytowa³ ró¿ne wydarzenia, nawet nasze klasowe wagary. Dok³adnie wiedzia³, w co i jak by³em zanga¿owany, a rzeczywi¶cie dzia³a³em w harcerstwie, które odrodzi³o siê w Pa¼dzierniku ‘56. Wiedzia³ te¿, ¿e w szkole zrobili¶my demonstracjê w 1957 roku wiosn±. Dzisiaj, gdy to sobie przypominam, pusty ¶miech mnie ogarnia. Wtedy w domu ten ubek mnie bardzo zasmuci³, tym wiêcej, ¿e przyzna³ siê do swego pobytu w seminarium. Ale nigdy wiêcej nie odwiedzi³ mnie. Po powrocie z ferii, koledzy opowiadali o podobnych odwiedzinach w domach rodzinnych.


***
Wytrzeszczone oczy i og³upia³e twarze.
 - Piêædziesi±ty siódmy rok? - nie kryjê uznania. - Proszê ksiêdza, to dosyæ wywrotowo i odwa¿nie jak na tamte lata. Proszê pani, tamten czas by³ wspania³y!- Pa¼dziernik ’56! Mia³em szesna¶cie lat! Polska po raz pierwszy siê poruszy³a, pod skorup± totalitaryzmu têtni³a ¶wie¿a krew. Wtedy siê chcia³o. M³odo¶æ reagowa³a spontanicznie. Trzeba by³o ca³± noc, tak ¿eby nikt nie widzia³, kleiæ transaprenty. Mieszka³em w internacie, wiêc zrobili¶my to w tajemnicy przed kierownikiem. Chy³kiem przenie¶li¶my te naklejanki do szko³y, a nastêpnie na d³ugiej przerwie na ulicê. Weszli¶my do wielkiej sali, delegaci na zjazd powiatowy PZPR byli zdezorientowani. Pada³y krzyki: kto ich wpu¶ci³? kim oni s±? wyprowadziæ ich! przecie¿ to nasza m³odzie¿! si³a i nadzieja partii!  Gdy rozwinêli¶my nasz transparent „Nic o nas bez nas!”, nasta³a martwa chwila. Po niej nagle ruszy³a nawa³a sinych mundurów. Sk±d oni siê tam wziêli? Mnóstwo ich by³o. Wyprowadzili nas. Mi³o by³o patrzeæ na te wytrzeszczone oczy i og³upia³e twarze.
 
Z lornetkami w oknach.
Czy w seminarium byli ubecy? - Oczywi¶cie. Pracowali na us³ugach od pierwszego roku. Czy byli od razu po liceum? Wie pani, oni byli zawsze troszeczkê starsi. To byli ludzie ju¿ z jak±¶ histori± ¿ycia, na któr± ich z³apano, albo wy³±cznie dla zarobku. Do roku, najd³u¿ej do dwóch lat rozpoznawa³o siê ich. - Po czym? Ró¿nie, tak¿e po tym, ¿e oni zawsze chodzili sami. By³ przepis, ¿e siê chodzi na przechadzki we dwójkê, a oni wymykali siê sami. Raz, drugi siê zauwa¿y³o, ¿e wymkn±³ siê sam, a potem szybko rozszyfrowano go, dok±d chodzi³. A nie mieli daleko, bo komórka ubecka znajdowa³a siê na pl. Katedralnym, z lornetkami w oknach.


Mieli¶my wspania³ego rektora.
Czy pamiêtam jak biskup Pawe³ Latusek da³ Orzechowi skarpety, kiedy zobaczy³, ¿e Stachu ma swoje strasznie pocerowane? Sk±d pani to wie? Bo ja tego akurat nie przypominam sobie, ale ¶wietnie potrafiê sobie tak± sytuacjê wyobraziæ, bo bardzo dobrze pamiêtam przeró¿ne obrazki z ¿ycia naszego rektora. To by³ niezwyk³y cz³owiek. Wtedy w kraju by³a wielka bieda. Wszyscy¶my byli biedni. Moja mama te¿ cerowa³a mi skarpety, wszyscy chodzili¶my licho
odziani. Biskup Latusek zacz±³ swoj± pos³ugê w seminarium jako rektor, dok³adnie w tym samym roku, kiedy my zaczêli¶my naukê. Jeszcze nie by³ biskupem. Lubi³ nas bardzo, bo byli¶my takimi jego pierwszymi dzieæmi, które wypuszcza³ spod swoich skrzyde³ rektorskich.
Ale te¿ dawa³ nam nie¼le po garach, bo dla seminarium wtedy czasy by³y trudne. A nasz rektor to by³ impetyk, choleryk prostolinijny. Pamiêtam na pi±tym roku, (wtedy klerycy pe³ni± ró¿ne funkcje pomocnicze i wiêcej widz±) przyjecha³ do seminarium kto¶ z Rosji, taki pó¼ny imigrant. By³em ¶wiadkiem, jak ks. rektor zaprosi³ go do siebie i odda³ mu swoj± jedyn± now± koszulê, bo tamten nie mia³ ¿adnej. To na w³asne oczy widzia³em. Dlaczego ks. rektor mia³ tylko jedn± koszulê? (¶miech) Dzisiaj to wydaje siê niepojête, prawda? On te¿ by³ biedny. Siostry zakonne kupi³y mu koszulê na imieniny. Widzia³em, jak wyci±gn±³ z szuflady nowiutk±, zapakowan± i powiedzia³ tamtemu: "przymierz". Opowiadam te rzeczy, ¿eby pokazaæ ¶rodowisko, w którym razem z Orzechem wzrastali¶my. Z jednej strony dawa³ nam rektor Latusek do wiwatu, a z drugiej by³ to cz³owiek o z³otym sercu. Kryszta³owy. Nieraz z Orzechem wspominamy, ¿e mieli¶my wspania³ego rektora.


Co mia³, oddawa³ biednym. 
Na czwartym roku pe³nili¶my dy¿ur w Wielkim Tygodniu. By³em wtedy ceremoniarzem, a ks. rektor by³ ¶wie¿o upieczonym biskupem. W Wielki Czwartek po obiedzie zawo³a³ mnie i da³ mi plik adresów i przykaza³: "nie zgub, przyjd¼ z tym do refektarza". Przyszed³em i widzê, ¿e tam s± popakowane paczki. To by³y jakie¶ babki wielkanocne, baranki z cukru, pisanki i ró¿ne wêdliny. Co¶ dobrego na ¶wi±teczny stó³, co przyjaciele przynie¶li ksiêdzu biskupowi w darze. Poszed³em pod te adresy... Bo¿e, jakie¿ to by³y speluny! Przera¿aj±ca bieda, jeszcze czego¶ takiego nie widzia³em. Do dzi¶ pamiêtam, jak dzieci w tych rodzinach rzuca³y siê na przyniesione paczki. To by³o skrajne ubóstwo, zupe³nie niewyobra¿alne. Mówi³em tylko, ¿e ksi±dz biskup przysy³a dla nich te prezenty ¶wi±teczne i zaraz stamt±d ucieka³em. Mieszkali zwykle w oficynie, albo na jakim¶ zimnym poddaszu. Sk±d ks. biskup zna³ te adresy, to wielka tajemnica. Wiadome natomiast by³o, ¿e co mia³, oddawa³ biednym. 
 
 W Wielkim Tygodniu.
Jak to siê sta³o, ¿e rektor chcia³ nas wyrzuciæ z seminarium? Zaraz opowiem. Nie tylko chcia³, ale by³by to zrobi³, gdyby nie interwencja naszego ojca duchowego. Bo bezradni i przera¿eni tym, co zasz³o, poszli¶my do niego. Co zasz³o? Zdarzy³o siê to w Wielki Pi±tek wieczorem po ceremoniach w katedrze. Burza wisia³a w powietrzu, by³o parno i duszno i my ma³± grupk± skoczyli¶my odetchn±æ nad Odrê. Niektórzy pu¶cili sobie dymka. Micha³ na pewno, ale Orzech nie, bo jeszcze nie pali³. (¶miech) Jeszcze Micha³a nie odzwyczaja³. Wracali¶my stamt±d zadowoleni, a by³o nas widaæ z okna rektorskiego jak na d³oni. Dzisiaj tam stoi ten brzydki szpital akademicki, ale wtedy by³y tam tylko ruiny. Nim doszli¶my do furty seminaryjnej, rektor ju¿ czeka³ z za³o¿onymi rêkami. A minê mia³! Bo¿e, mój! Dygotali¶my jak li¶cie osiki. I zaczê³o siê opeer... To nie by³a przyjemna przemowa. Zakoñczy³a siê zdecydowanie: "jutro proszê przyj¶æ po papiery". Uciekli¶my do pokoju Micha³a, naradzali¶my siê, co dalej robiæ. I chocia¿ ju¿ by³o pó¼no, postanowili¶my odwiedziæ ojca duchownego. Ojciec nas wys³ucha³ i uspokoi³. Zna³ rektora i powiedzia³: "id¼cie siê wyspaæ". Ale nie by³o spania tej nocy. Wydawa³o siê nam, ¿e nastêpnego dnia nast±pi koniec ¶wiata. Na drugi dzieñ ks. rektor zachowywa³ siê wobec nas tak, jakby ca³ego zaj¶cia nie by³o. Uratowa³a nas prawda, ojciec duchowny j± wyt³umaczy³. Przecie¿ w seminarium byli¶my jak anio³ki! I do tego w Wielkim Tygodniu.


Patrz±c ukochanemu Orzechowi w oczy.
Kto najbardziej kocha Orzecha? Wielu u „Wawrzynów” my¶li o sobie, ¿e oni najbardziej, ale ja uwa¿am, ¿e szczególnie kochaj± go... (¶miech) Co¶ pani opowiem. Orzech od dawna by³ ulubieñcem starszych pañ. No, "starszych" to jest lekko powiedziane. Bardzo starszych. I mia³ tak± jedn± kochliw± starowinkê, chyba dziewiêædziesiêciolatkê, która wszêdzie za nim chodzi³a. Którego¶ dnia - Orzech spotyka siê z nami i opowiada: "Wiecie, co mi siê dzisiaj zdarzy³o? Kobietê nios³em na rêkach". To by³o na cmentarzu, gdy Orzech prowadzi³ pogrzeb. Starowinka sz³a za nim i zas³ab³a. Zmêczy³a siê biedulka i zemdla³a. A ¿e to taka kruszynka malutka, to Orzech nie namy¶laj±c siê wiele, wzi±³ j± na rêce i wyniós³ z cmentarza. Podobno jak siê ocknê³a, by³a wprost wniebowziêta, patrz±c ukochanemu Orzechowi w oczy.


Trzeciego dnia zosta³ mu zdjêty z ramion krzy¿ proboszczowania.
Z ksiêdzem Kardyna³em te¿ by³y ciekawe historie. To by³ stan wojenny, a my w rzeczywisty sposób przeszkadzali¶my komunie. Nie tylko wtedy, od lat. A w czasie stanu wojenego by³o to szczególnie niebezpieczne. Kardyna³ mia³ wiêc z nami nieco k³opotów. Nic dziwnego, ¿e lubi³ sobie na nas pogderaæ. Oczywi¶cie, musia³ nas wybraniaæ z komuszych ³ap.
Kiedy¶ spotykam Orzecha "Pod Czwórk±", na ulicy. Orzech patrzym na mnie dziwnym wzrokiem, ni to smutnym, ni to rozbawionym. Wiesz – mówi – wracam od kardyna³a. – I dlatego jestes smutny? – dr±¿ê - Nawtyka³ Ci? – Nie, ale nadawa³ na ciebie. Zacz±³em siê smiaæ na g³os. – S³uchaj, Stachu, ja by³em dok³adnie tydzieñ temu u ks. kardyna³a i nadawa³ mi na ciebie. Parsknêli¶my ¶miechem. Czy byli¶my u ksiêdza kardyna³a na cenzurowanym? W pewnym sensie tak, ale tylko w pewnym sensie. Je¶li ju¿, to ka¿dy z nas z osobna. Ja za swoj± dzia³alno¶æ z akademikami i z artystami, a Orzech za swoj± na szlakach pielgrzymkowych i w „Wawrzynach”. To ju¿ by³o bardzo dynamiczne duszpasterstwo. Tam siê du¿o dzia³o w stanie wojenym, wiêc ci±gle ubecja zgarnia³a go i wozi³a na przes³uchania. Poza tym by³ te¿ duszpasterzem ludzi pracy i wspiera³ kolejarzy z Brochowa, towarzyszy³ im na strajkach. On ma niespo¿yt± energiê i zapa³, wiêc ci±gle gdzie¶ je¼dzi³. Zapraszano go do ró¿nych miejsc, ¿eby przemawia³. I przemawia³ - tak jak to Orzech - bez owijania w bawe³nê. Dlatego nara¿a³ siê ubecji, a ubecja skar¿y³a siê ks. kardyna³owi, maj±c nadziejê, ¿e Orzecha uciszy. Uda³o im siê tylko tyle, ¿e gdy Eminencja zamianowa³ Orzecha proboszczem, to interwencja stamt±d by³a na tyle silna, ¿e Orzech sprawowa³ tê funkcjê tylko dwa dni. Trzeciego dnia zosta³ mu zdjêty z ramion krzy¿ proboszczowania.


W duchu mi³o¶ci i odpowiedzialno¶ci.
Czas stanu wojennego dla ksiê¿y czuj±cych odpowiedzialno¶æ za Boga w naszej ojczy¼nie by³ czasem wielkiej aktywno¶ci, czêsto bardzo niebezpiecznej. Ksi±dz Popie³uszko zap³aci³ najwy¿sz± cenê za nas wszystkich. W³adza obawia³a siê gniewu ludzi i nie chcia³a wiecej mêczenników. Chocia¿ ubecy, jako nieznani sprawcy, odwa¿ali siê na skrytobójstwa. Mêczeñskich ofiar by³o o wiele wiêcej. Ka¿dy z tych ksiê¿y broni±cy krzywdzonych Polaków i staj±cy w obronie praw Boskich i ludzkich, by³ nie tylko podejrzewany, pods³uchiwany, ale nieprzyjemnie nêkany w pracy duszpasterskiej. Orzech jako duszpasterz ludzi pracy i jednocze¶nie który mia³ szerok± styczno¶æ z m³od±, ucz±ca siê inteligencj±, by³ szczególnie inwigilowany i ¶ledzony. Czy siê ba³? – Jak ka¿dy. Ale robi³ swoje. Dok³adnie wiedzia³, co ma robiæ. Czy mu kto¶ podpowiada³? – Jego sumienie. Od dziecka wychowywany by³ w duchu mi³o¶ci i odpowiedzialno¶ci.

Realizowa³ Bo¿y plan i nie zniechêca³ siê. 
Ze mn± nie tylko ks. kardyna³ mia³ ambras. W czerwcu ‘83 robili¶my z plastykami wielk± wystawê w ko¶ciele ¶w. Krzy¿a. Pragnêli¶my uczciæ w ten sposób wizytê Jana Paw³a II w naszym mie¶cie. Ubecja, oczywi¶cie, nie chcia³a na to zgodziæ siê, powo³uj±c siê na przepisy prawa stanu wojennego. Tyle tylko, ¿e ja siê nikogo o nic nie pyta³em. Nie wystêpowa³em o ¿adne pozwolenia. Skorzysta³em z porozumienia, jakie istnia³o pomiêdzy episkopatem a rz±dem, mówi±cego, ¿e dzia³ania duszpasterskie w pomieszczeniach ko¶cielnych nale¿± do kompetencji Ko¶cio³a. To by³a moja linia obrony wobec cenzora wojewódzkiego, który nêka³ mnie upomnieniami, domaga³ siê ode mnie pisma z pro¶b± o pozwolenie: na wystawê, na wydanie katalogu i na drukowanie tekstów. Ta wystawa to by³a wielka rzecz - pokazalismy mnóstwo eksponatów - dzie³ sztuki artystów zawodowych i amatorów. Trzystu artystów z ca³ej Polski zg³osi³o swój akces. W pozosta³ej czê¶ci kraju by³a ju¿ cisza i marazm, a Wroc³aw siê nie podda³. Ubecy ogromnie bali siê przewidywanej frekwencji. Cenzor usilnie domaga³ siê ode mnie podania o pozwolenie na wystawê. Którego¶ dnia poszed³em do Biblioteki na Piasku, przejrza³em Dzienniki Ustaw i rozszyfrowa³em ogromn± ilo¶æ skrótów, jakimi poczêstowa³ mnie cenzor w swoim li¶cie, chc±c mi udowodniæ, ¿e dzia³am nielegalnie i grozi mi utrata wolno¶ci. Tylko jeden z tych odno¶ników móg³ pasowaæ do tre¶ci zarzutów mi stawianych. Odpisa³em grzecznie panu cenzorowi, powo³uj±c siê na te same paragrafy. Skutek by³ taki, ¿e w przeddzieñ otwarcia wystawy otrzyma³em telefon z biura cenzury z pro¶b±, bym napisa³ krótkie podanie, a na pewno pozwolenie otrzymam. Obieca³em, ¿e prosi³ nie bêdê. A kiedy przyszed³ osobi¶cie z propozycj± napisania na miejscu pro¶by o pozwolenie, odpowiedzia³em: - Proszê Pana, ode mnie nic wiêcej ju¿ pan nie uzyska. Pan wie, jak jest w Ko¶ciele. Ja robiê, ale szefem jest ks. kardyna³. Niech pan idzie do szefa.
A on na to jakim¶ zbola³ym tonem mówi: - Ale ja w³a¶nie stamt±d wracam. - No i co? -  pytam zaciekawiony autentycznie. - Ks. kardyna³ powiedzia³ mi: "proszê pana, czy pan my¶li, ¿e ja mogê sobie poradziæ z Drzewieckim?"… Wystawa zosta³a otwarta. Zwiedzi³o j± w pierwszym dniu piêæ tysiêcy ludzi. W nastêpnych dniach frekwencja waha³a siê od stu do piêciuset osób. Z tej wystawy wybrali¶my pami±tki dla Ojca ¶w. ¯yli¶my w czasach trudnych, ale i niezwykle ciekawych. Ka¿dy z nas wydeptywa³ wtedy sw± nietypow± ¶cie¿kê ¿ycia. Je¶li kto¶ chce wspominaæ Orzecha z tamtego okresu, to niech sobie u¶wiadomi, jak wygl±da³a wtedy rzeczywisto¶æ wokó³ nas. Wtedy niczego nie mo¿na by³o zrobiæ zwyczajnie. O wszystko trzeba by³o walczyæ, i to uparcie. Pewnie dlatego nasze pokolenie do dzi¶ jest takie "waleczne". Nawet siê dziwimy, jak co¶ przychodzi zbyt ³atwo. I w tej nie³atwej rzeczywisto¶ci, w której niejeden by wysiad³, czy siê podda³, czy da³ siê zastraszyæ, Orzech by³ pewny - realizowa³ Bo¿y plan i nie zniechêca³ siê. 
Ks. kardyna³ umia³ rozmawiaæ z w³adz± wojskow±.
Ks. kardyna³ mia³ w tamtym czasie te¿ ambaras z „niepokornymi” zakonnikami. Byli tacy w¶ród dominikanów, jezuitów czy kapucynów. Np. na Sudeckiej u kapucynów niewidzialne rêce uk³ada³y przed ko¶cio³em piêkny krzy¿ z kwiatów - wiecznie ¿ywy. Ubecja upomina³a ojców, a nawet poskar¿y³a siê ksiêdzu kardyna³owi. Kiedy¶ by³em mimowolnym ¶wiadkiem rozmowy telefonicznej w rezydencji ks. kardyna³a przy biurku. Eminencja mówi³ do¶æ g³o¶no, a z aparatu doskonale by³o s³ychaæ roze¼lony g³os ubeka.
- S³ucham, tu kardyna³.
- Tu pu³kownik (taki i taki) - przedstawia siê tamten.
- Aaa, witam pana pu³kownika!
- Ksiê¿e kardynale, niedobrze siê dzieje u kapucynów.
- A jak u pana? Jak tam ¿ona?
- Dziêkujê, dobrze, ale chcia³bym porozmawiaæ o sprawie...
- A jak dzieci? Czy zdrowe?
- Tak, dziêkujê, je¶li chodzi o rodzinê, wszystko w porz±dku. Ale wracaj±c do kapucynów...
- Chwa³a Bogu, ¿e zdrowe. To najwa¿niejsze...
- Ksiê¿e Kardynale, ja tu dzwoniê w innej sprawie, bo kapucyni opiekuj± siê kwiatami i ignoruj± nasze nakazy, ¿eby to zlikwidowaæ.
- Kwiaty? Zlikwidowaæ?! Ale¿, panie pu³kowniku, przecie¿ pan jest wra¿liwym cz³owiekiem. Nie lubi pan kwiatów? 
- Kwiaty lubiê, ale oni z tych kwiatów robi± krzy¿!
- Proszê pana! To jest najpiêkniejszy symbol, jaki mo¿na sobie wyobraziæ! I w dodatku symbol uniwersalny. Czytelny dla ka¿dego, pe³en tre¶ci…
Tamten musia³ siê ju¿ chyba zbiesiæ nie na ¿arty s³ysz±c te odpowiedzi, bo zawiesi³ na ko³ku ca³± kurtuazjê i prosto z mostu zapowiada:
- My, to zniszczymy!
A ks. kardyna³ na to zdecydowanie i w dodatku z nienagannym akcentem:
- Nielzia, tawariszcz pa³kownik!
I od³o¿y³ s³uchawkê. Ks. Kardyna³ umia³ rozmawiaæ z w³adz± wojskow±.


Brat Przewodnik to instytucja.
Stachu da³ siê poznaæ miastu ju¿ przed æwieræwieczem jako „Brat Przewodnik” pieszych pielgrzymek na Jasn± Górê i do Trzebnicy. Jego potê¿na, charakterystyczna postaæ w kapeluszu i z kijem w rêku na czele d³ugiego peletonu pobo¿nych piechurów znana jest chyba ka¿demu. Podziwia³em go na samym pocz±tku, gdy uczy³ siê tej sprawno¶ci, organizowania i kierowania du¿ymi grupami ludzi. Trzeba pamiêtaæ, ¿e w pierwszych pielgrzymkach na Jasn± Górê wêdrowa³o do piêtnastu tysiêcy ludzi. Jak zarz±dzaæ grupami po osiemset osób, czym nkarmiæ, jak rozlokowaæ i jak upilnowaæ porz±dku? Bywa³y pielgrzymki z przewa¿aj±c± ilo¶ci± m³odzie¿y ¶rednich szkó³, to wymaga³o specjalnej rozwagi i opiekuñczo¶ci. Pielgrzymki te¿ by³y sol± w oku w³adzy wojskowej w stanie wojennym, gdy tendencje patriotyczne przewa¿a³y w postawach wêdrowców, gdy pielgrzymi spragnieni byli nie tylko s³owa Bo¿ego, ale i ludzkiego, gdy grupy zakwita³y czêsto kolorowymi transparentami politycznymi. Wtedy trzeba by³o mieæ wielk± czujno¶æ, i ufno¶æ w Opatrzno¶æ Bo¿±. Ubeków w¶ród pielgrzymów by³o zatrzêsienie. Wszystko by³o dok³adnie ofotografowane, nagrane i odpowiednio doniesione do centrali. M±dro¶æ Orzecha polega³a na tym, ¿e umia³ przyjmowaæ pomoc od innych, korzystaæ z do¶wiadczenia innych i dobieraæ sobie doradców i pomocników. Na pocz±tku uczestniczy³em w trzech wielkich pielgrzymkach jako ojciec duchowny, konferencjonista i spowiednik w ogonie peletonu. Pielgrzymki to ca³a wielka epopea Orzechowa, d³ugo by j± opowiadaæ.
Jedno jeszcze warto podkre¶liæ, ¿e przy tym ca³ym „majdanie” studencko-organizacyjno-pielgrzymkowym Stachu otrzyma³ od Ducha ¦wiêtego charyzmat cierpliwego spowiadania. Godzinami, zazwyczaj nocnymi, uwiêziony w konfesjonale przyjmuje ludzkie biedy i nieszczê¶cia, i przesy³a je dalej, do Jezusa. Konfesjona³ podczas spowiedzi ¶wiêtej tylko z pozoru wydaje siê byæ miejscem spokoju i wyciszenia. Zazwyczaj jest to pole bitwy, bo szatan nigdy ³atwo nie popuszcza. Spowiednik musi byæ czujny i m±dry, a przede wszystkim rozmodlony. Na niewiele zda siê tutaj m±dro¶æ ludzka. Podobnie i ka¿da pielgrzymka musi byæ omadlana i przygotowywana przez ca³y rok. Brat Przewodnik to Bo¿a instytucja.


Zrób co¶ dla przysz³o¶ci po sobie samym!
Na koniec powiem co¶ o Orzechu bardzo powa¿nie i zupe³nie z innej beczki. Mogê o tym mówiæ, bo on to ju¿ ode mnie us³ysza³. ¯al mi trochê, ¿e Stachu nie wychowa³ sobie ksiêdza, który bêdzie móg³ go zast±piæ, zw³aszcza na terenie pielgrzymkowym. Orzech ma kontakty z ksiê¿mi, którzy chodz± z nim od lat na pielgrzymkê. Obserwuj±c ich, widzê, ile on dla nich znaczy. Kontakt z Orzechem to dla nich zaszczyt, honor i dobra szko³a duszpasterska. Orzech mimowolnie wnosi w ich ¿ycie co¶ niebywa³ego. Dlaczego Orzech jeszcze nie znalaz³ w¶ród nich swego kontynuatora? Chyba nie czeka na objawienie z Kurii… Czas najwy¿szy, przecie¿ w przysz³ym roku stuknie mu siedemdziesi±t lat! Mówi³em ju¿ mu: Stachu, przecie¿ Pan Bóg mo¿e zawo³aæ na ciebie lada moment. Bêdzie po tobie dziura. ¯yj jak najd³u¿ej, ale zrób co¶ dla przysz³o¶ci po sobie samym!


Nasza przyja¼ñ trwa ju¿ piêædziesi±t lat.
Czy, kiedy pozna³em Orzecha, od razu by³o widaæ, ¿e to jest kto¶ wyj±tkowy? Nie. W paczce przyjació³ nikt tak nie patrzy na drugiego. On by³ bardzo zwyczajny pod ka¿dym wzglêdem. Wszyscy mieli¶my egzaminy wygrane i przegrane, z bardzo dobr± ocen± i z miern±... Nie, nie by³o ¿adnych znaków ¶wiec±cych na niebie monogram bohatera, jakiego¶ super ksiêdza w przysz³o¶ci. Patrzy³em na niego okiem przyjaciela, choæ ró¿nimy siê od siebe diametralnie. Osobowo¶ciowo dziel± jakie¶ Tatry, albo przynajmniej Karkonosze, ale ³±cz± przecie¿ Góry Sto³owe. Bo tamten czas pierwszych do¶wiadczeñ duszpasterskich i wcze¶niej ca³e seminarium, czas kszta³towania siê kole¿eñstwa i przyja¼ni jest nie do przecenienia. ¯ycie nas kszta³tuje, wiele siê zmienia, ale tamto zosta³o...  I jest. (D³ugie zamy¶lenie) Przyja¼ñ ze Stachem to konstans, po prostu jest. Teraz, kiedy to mówiê,  mamy na swoim koncie czterdzie¶ci cztery lata kap³añstwa, plus sze¶æ lat seminarium. Krótko mówi±c, nasza przyja¼ñ trwa ju¿ piêædziesi±t lat.


***
            
 Wychodzê z plebanii i idê przez piêknie utrzymany ogród. S³awetna "paczka" z seminarium na rok przed czterdziestopiêcioleciem kap³añstwa obchodzi swój jeszcze bardziej imponuj±cy – z³oty - jubileusz. Czy to ju¿ czas my¶leæ o odlocie w Wieczno¶æ? O wszystkim decyduje Bóg. I tak jest dobrze, bardzo dobrze.

 Wrzesieñ 2008r.



POWITANIE
Serdecznie witam wszystkich odwiedzaj±cych moj± stronkê. Jej czerwieñ i g±szcz listowia niech Was zachêc± do gor±cego szukania Prawdy razem ze mn±. Zapraszam te¿ do dzielenia siê my¶lami na Forum.
Kim jestem? - Ksiêdzem katolickim od 1964 roku przypisanym przez ¶wiêcenia kap³añskie do Ziemi Dolno¶l±skiej. Obecnie, od roku 1998, s³u¿ê wspólnocie parafialnej we Wroc³awiu, na Zalesiu, pod uwa¿nym spojrzeniem Matki Bo¿ej Czêstochowskiej. Wiêcej mo¿na siê o mnie dowiedzieæ z rozmowy, jak± przeprowadzi³a ze mn± pani red. Jola Ostrowska z Solidarno¶ci Dolno¶l±skiej.

Rozmowa z ksiêdzem Miros³awem Drzewieckim

Kazanie ma swoje jakby podwójne ¿ycie. Najpierw burzy siê i gotuje we wnêtrzu kaznodziei po to, by w pewnym momencie wybuchn±æ na zewn±trz i przedostaæ siê do duszy s³uchacza - napisa³ ksi±dz we wstêpie do zbioru swoich kazañ Ku Wolno¶ci. Przed paroma tygodniami obchodzi³ ksi±dz jubileusz 40-lecia kap³añstwa. W pamiêci wroc³awian ma ksi±dz szczególne miejsce, jako mistrz s³owa. Niezapomniane, wrêcz legendarne, s± ksiêdza kazania g³oszone w katedrze wroc³awskiej i gdzie indziej podczas stanu wojennego.

My¶lê, ¿e gdyby nie stan wojenny, nie zauwa¿ono by tak gwa³townie mej pracy dla S³owa. Od roku 1975, po powrocie ze studiów na KUL-u, by³em kaznodziej± katedralnym. W ka¿d± niedzielê wyg³asza³em kazania na Mszach ¶wiêtych o godz. 12 i 13, na które przychodzi³a inteligencja, jak siê to wtedy mówi³o, techniczna. Ko¶cio³owi wroc³awskiemu zale¿a³o na tym, ¿eby tych ludzi gromadziæ w ¶wiêtym miejscu. Od lat wiêc organizowano dla inteligencji wroc³awskiej w katedrze rekolekcje czy te¿ specjalne tematyczne sympozja i konferencje. Na trwa³e zapisali siê w pamiêci wroc³awian moi profesorowie, poprzednicy na ambonie katedralnej: ks. Wies³aw Gawlik i ks. Julian Michalec. Stan wojenny by³ wybuchem w¶ciek³o¶ci w³adzy, porazi³ naród. Przez pierwszy miesi±c nie s³ysza³o siê nigdzie anegdoty politycznej ob¶miewaj±cej komunê. Z pocz±tkiem stycznia 1982 by³em na feriach w górach. Odnale¼li mnie ludzie z podziemia i powiedzieli: Mirek, jest trudna sytuacja w¶ród ludzi, smutek ¿re naród. Trzeba ludzi podnie¶æ na duchu! Powiedzia³em: dobrze, przyjadê, wyg³oszê kazanie na Mszy za Ojczyznê.

Jakie by³o to pierwsze kazanie?

 13 stycznia 1982 roku wieczorem katedra wroc³awska nie mog³a pomie¶ciæ ludzi. D³ugo musia³em siê przepychaæ przez t³um od g³ównych drzwi do zakrystii. Gdy dotar³em, zobaczy³em chmarê ksiê¿y gotowych do koncelebry. Ubieraj±c siê do Mszy, nie zna³em jeszcze zakoñczenia kazania... Trzy godziny bez przerwy pisa³em ten tekst. My¶li bieg³y szybciej ni¿ rêka zdo³a³a stawiaæ znaki... Kiedy na krótko odetchn±³em, spostrzeg³em, ¿e ta wypowied¼ ma formê modlitwy. Uk³ada³y siê w niej po kolei wszystkie bolesne do¶wiadczenia pierwszego miesi±ca "wojny jaruzelskiej". Nazywa³em po imieniu wrogie akty w³adzy wobec obywateli. O nadziejê wo³a³em do Boga. Ludzie s³uchali jakby zaklêci w ciszê. Sta³em przy ambonie z kartkami w rêku jak uwiêziony w gêstym powietrzu, sparali¿owany cisz±. S³ysza³em swoje s³owa, a sercem targa³o zw±tpienie: i po co to? Komu to potrzebne?... ¬le zinterpretowa³em tê ciszê, ale o tym przekona³em siê dopiero na koñcu kazania, gdy brawa unios³y siê pod sklepienie katedry. Do koñca Mszy trwa³em w ogromnym skupieniu. Po wyj¶ciu z katedry rozlu¼ni³em siê, gdy otoczyli mnie ludzie ¿yczliwi i wdziêczni. Jednak mijaj±c figurê Matki Bo¿ej zauwa¿y³em na murku okalaj±cym pomnik twarze bez wdziêczno¶ci, z³owrogie. Zreszt± po trzech dniach mog³em im z bliska siê przypatrzyæ podczas d³ugiego przes³uchania na Podwalu w kazamatach esbecji, w dawnym budynku gestapo.

Na czym polega rzemios³o s³owa, przemawianie?...

Gdy patrzê wstecz, my¶lê, ¿e to jest jaka¶ tajemnica. Mówienie kaznodziei to nie to samo, co wyk³ad, czy konferencja. To jest mówienie o Tajemnicy Bo¿ej, ale te¿ jakby w imiê tej Tajemnicy. Stan wojenny by³ trudny dla ludzi, niós³ wielkie rozterki duchowe. Dooko³a tyle k³amstwa i nienawi¶ci! Trzeba by³o nieraz odtwarzaæ fundamenty wiary, na której buduje siê ¿ycie chrze¶cijañskie. Mówi³em prawdy Bo¿e. Nie wszystkim wszystko siê podoba³o. I czu³em to wyra¼nie. Pamiêtam atmosferê podczas kazania w Nowej Hucie, w mistrzejowickim ko¶ciele ¶w. Maksymiliana. Ludzie przyszli na Mszê ¶w. za Ojczyznê nazajutrz po pacyfikacji zomowskiej na ulicach Krakowa. Widzia³em na twarzach smutek i gniew, a Ewangelia w tym dniu g³osi³a: Mi³ujcie waszych nieprzyjació³. Skóra mi cierp³a na grzbiecie, gdy szed³em na ambonê, przecie¿ mia³em mówiæ do ludzi, którzy nie¶li na sobie ¿ywe czucie pa³ek zomowskich. Jednak nie mog³em zmieniæ wstêpu do kazania: "...Gdyby¶cie nawet wszyscy w tej chwili mieli wyj¶æ z tego ko¶cio³a, gdyby nawet ca³a nowohucka ziemia, zachowuj±ca w swym ³onie twarde echa zomowskich butów goni±cych bezbronnych obywateli, zadr¿a³a oburzona, to s³owa: mi³ujcie waszych nieprzyjació³ nie cofn± siê ani o krok". Takie do¶wiadczenia kaznodziejskie umacnia³y równie¿ moje poczucie spe³nianej misji. Kiedy rozmawia³em z moj± mam± o tym, z jakim lêkiem w sercu wchodzê nieraz na ambonê, us³ysza³em: Mirek, nie mo¿esz nie mówiæ!


Czy kazania ksiêdza mia³y jaki¶ ci±g dalszy?

Co Pani ma na my¶li?... Jakie¶ nagradzanie?... Nie, nie by³o. Natomiast wielk± satysfakcjê otrzymywa³em wtedy, gdy mi donoszono o nagrywaniu i powielaniu na pi¶mie tekstu kazañ, szczególnie tego pierwszego. Czy¿ to nie satysfakcja dowiedzieæ siê, ¿e Ojciec ¶w. s³ucha³ kazania z ta¶my przemyconej na Zachód?... Do dnia dzisiejszego moje kazania ze stanu wojennego mia³y trzy wydania drukiem, za ka¿dym razem rozszerzone o nowe wyst±pienia. Najbardziej wzruszaj±c± satysfakcjê da³a mi wie¶æ, ¿e s³uga Bo¿y ks. Jerzy Popie³uszko znalaz³ w mym pierwszym kazaniu utwierdzenie w swej misji obroñcy ludzi skrzywdzonych. Jest jeszcze inny ci±g dalszy mego kaznodziejstwa. Po ka¿dej Mszy ¶w. za Ojczyznê by³y nie tylko przes³uchania na ubecji, ale zaczêli przychodziæ robotnicy, studenci i liceali¶ci na rozmowy trudne i wa¿ne. W wielu wypadkach trzeba by³o interweniowaæ. Kiedy¶ przyszed³ m³ody robotnik przera¿ony, bo w areszcie podpisa³ zgodê na wspó³pracê z ubecj±. Mia³ donosiæ o wszystkim, co dzieje siê w zak³adzie pracy. By³ zrozpaczony, nie móg³ siê pogodziæ z faktem, ¿e sta³ siê zdrajc±! Rozmawiali¶my d³ugo. Poradzi³em mu, aby poszed³ do pracy i powiedzia³ kolegom o tym, co go spotka³o. To by³ dobry pomys³.

Ksiêdza dzia³alno¶æ kaznodziejska przyci±gnê³a tak¿e artystów.

Tak, arty¶ci szukali kontaktu. Przyszli, bo czuli siê osamotnieni, potrzebowali wsparcia wszelakiego. W stanie wojennym nie mo¿na by³o urz±dzaæ ani wystaw, ani spotkañ literackich bez zezwolenia. Trwa³ bojkot telewizyjny aktorów. Najpierw pojawili siê w domu przy Katedralnej 4 aktorzy. Byli przecie¿ solidarnie bezrobotni. Powiedzieli, musimy co¶ zrobiæ, musimy o¿ywiæ nasze miasto. Zaczêli¶my Pod Czwórk± od spotkañ literackich. A¿ wstyd powiedzieæ, pierwszy wieczór to by³ mój autorski, czyta³em po raz pierwszy publicznie w³asne wiersze. Ale bardzo szybko program spotkañ uzyska³ ambitniejsze rumieñce. Go¶cili¶my Pod Czwórk± bardzo dobrych literatów, m.in. Stanis³awa Barañczaka i wiele innych osób znanych w krêgach artystycznych. Nastêpnie przyszli plastycy. We Wroc³awiu i na Dolnym ¦l±sku jest od dawna bardzo liczne i prê¿ne ¶rodowisko artystów plastyków. Stan wojenny by³ dla nich szczególnie bolesnym ciosem. Artysta, który nie mo¿e wystawiaæ swych prac, umiera ¶mierci± cywiln±, nikt o nim nie wie. M³odzi ludzie w stanie wojennym nie mogli normalnie robiæ dyplomów, konieczne przy tym wystawy lokowali¶my wiêc w ko¶cio³ach. Plastycy stworzyli razem z literatami, aktorami i muzykami zacz±tek Duszpasterstwa ¦rodowisk Twórczych. Ich pro¶ba o duszpasterza spotka³a siê z przychylno¶ci± ksiêdza kardyna³a Henryka Gulbinowicza. Los pad³ w³a¶nie na mnie. Otrzymali¶my do dyspozycji ko¶ció³ pod wezwaniem ¶w. Marcina na Ostrowie Tumskim. Weszli¶my tam i uroczy¶cie rozpoczêli¶my dzia³anie D¦T na pocz±tku stycznia 1983 roku.

To, co ksi±dz mówi, ¶wiadczy o wielkiej mobilizacji tego ¶rodowiska...

Mobilizacja by³a rzeczywi¶cie wielka. Ludzie uwa¿ali, ¿e to duszpasterstwo to dla nich byæ albo nie byæ. Zorganizowali¶my w sumie ponad 70 wystaw wielkich i ma³ych. Do tych wielkich wykorzystali¶my ko¶ció³ ¶w. Krzy¿a, po s±siedzku. W czerwcu 1983 roku by³a wielka wystawa plastyczna wspólnie profesjonalistów z amatorami. Chcieli¶my w ten sposób uczciæ pobyt Jana Paw³a II we Wroc³awiu. Z eksponatów od artystów z ca³ej Polski wybrali¶my prezenty dla Ojca ¶w. i ofiarowali¶my na Partynicach.

To nieprawdopodobne, przecie¿ panowa³ re¿ym stanu wojennego zabraniaj±cy wszelkich zgromadzeñ i dzia³ania kulturalnego...

Och, to ca³a historia! Mo¿na by napisaæ ksi±¿kê o przebojach z cenzur±. Ko¶ció³ otoczy³ artystów ochronnym parasolem, a w³adza nie uwa¿a³a wtedy za s³uszne jawnie atakowaæ Ko¶cio³a. Wszystkie dzia³ania artystyczne wówczas w korespondencji z urzêdem podci±ga³em pod dzia³ania duszpasterskie Ko¶cio³a. Cenzor wojewódzki nie zgadza³ siê z tak± kwalifikacj± i domaga³ siê przy ka¿dej wystawie czy sympozjum, abym na pi¶mie prosi³ o zezwolenie. Pamiêtam jeden z ostatnich listów, w którym cenzor informowa³ mnie, ¿e na pewno zezwolenie otrzymam, bylebym poprosi³ na pi¶mie. Nie poprosi³em.

I chodzi³ ksi±dz dalej bezpiecznie po ulicach?...

Dobre pytanie. Móg³bym odpowiedzieæ przewrotnie, ¿e owszem, bo przecie¿ mia³em zawsze "opiekunów". Szwendali siê za mn± wszêdzie, a gdy le¿a³em w szpitalu przy ul. ¦w. Józefa, pod oknem mej sali dy¿urowa³ tajniacki wóz z d³ugimi prêtami antenowymi. Przypominam sobie zabawn± historyjkê z tamtego okresu. W niedzielê wieczorem w szpitalu dy¿urowa³a jedna tylko m³oda pani doktor. Po godz. 21 wtargnêli dwaj m³odzi zomowcy uzbrojeni jak na akcjê i za¿±dali widzenia ze mn±. Pani doktor stanê³a w drzwiach i zawo³a³a: po moim trupie! By³em sam w sali i zaryzykowa³em: niech pani ich wpu¶ci, porozmawiam. M³odzi byli zdesperowani: dostali¶my zadanie do godz. 22 zebraæ wywiad ¶rodowiskowy na temat ksiêdza Drzewieckiego. Na ulicy nikt nie chcia³ z nami rozmawiaæ. My tu nikogo nie znamy, nie pochodzimy z Wroc³awia. Milicjant poinformowa³ nas, ¿e ksi±dz le¿y w tym szpitalu. Niech nam ksi±dz co¶ powie o sobie, bo termin oddania wywiadu tu¿-tu¿. Opowiedzia³em. Ch³opcy wyszli uradowani.

Czy by³ ksi±dz internowany?

Nie w dos³ownym znaczeniu. Moim kilkumiesiêcznym (z przerwami) "internatem" by³a sala szpitalna. Okupowa³em dwa szpitale: im. Czerwiakowskiego przy ul. ¦w. Józefa i szpital kliniczny przy ul. Poniatowskiego. Wszêdzie cieszy³em siê doskona³± opiek±. Wroc³awska s³u¿ba zdrowia w stanie wojennym doskonale spe³nia³a swoje zadania ochrony ludzi przed zaraz±. Nawet na medycynie sadowej mile zaskoczyli mnie lekarze. Od ich decyzji zale¿a³ mój los, czy bêdê musia³ stan±æ na rozprawie sadowej czy nie. Kilka razy mecenas Henryk Rossa przedstawia³ na rozprawie za¶wiadczenie o stanie mego zdrowia w celu odroczenia rozprawy. W ten sposób dwukrotnie uchroni³em siê przed wyrokiem pozbawienia wolno¶ci na trzy lata. Dowiedzia³em siê o tym pó¼niej z dokumentu s±du wojskowego o rehabilitacji mej osoby. Wyroki traci³y za ka¿dym razem sw± moc dziêki amnestii z okazji ¶wiêta 22 Lipca. Jednakowo¿ pozna³em smak odosobnienia w areszcie ¶ledczym na Podwalu. Obrzydliwo¶æ!!! Do dzi¶ czujê ten smród... Poza tym by³em wielokrotnie wzywany na wielogodzinne przes³uchania, praktycznie po ka¿dym kazaniu. Wtedy w³a¶nie nabawi³em siê choroby wrzodowej. Najprzykrzejsz± jednak by³a kara cotygodniowego zg³aszania siê na posterunku MO przy ul. Grunwaldzkiej. By³a tak¿e blokada paszportowa oraz zakaz poruszania siê bez zezwolenia poza Wroc³awiem.... Jako¶ wszystko to prze¿y³em. Inni mieli gorzej.

Czy mia³ ksi±dz w tym duszpasterstwie kontakty tak¿e pozawroc³awskie? Co dzia³o siê na prowincji?

Oczywi¶cie, i to przede wszystkim dziêki dzia³aniom artystów z Teatru Wspó³czesnego. W miasteczkach i na wioskach ducha patriotyzmu w stanie wojennym podgrzewali przede wszystkim ksiê¿a. Ich kazania by³y mocno nacechowane tre¶ciami patriotycznymi, wlewaj±cymi nadziejê w serca wiernych. Proboszczowie zapraszali aktorów ze spektaklami s³owno-muzycznymi do ko¶cio³ów, a czasami do ¶wietlic wiejskich. Sam czasem je¼dzi³em z zespo³em "Nie samym teatrem" na te przedstawienia. Taki wystêp to by³o zawsze wielkie ¶wiêto w parafii, zwykle koñczy³o siê ¶piewaniem pie¶ni religijno-patriotycznych. To by³o prawdziwe podnoszenie ducha w narodzie! Podobnie dzia³o siê we Wroc³awiu, z tym ¿e tu teatr dzia³a³ tak¿e kameralnie w spektaklach domowych, w mieszkaniach dzia³aczy solidarno¶ciowych. Co wiêcej, Wroc³aw by³ czêsto odwiedzany przez zespo³y z kraju. Pamiêtam w katedrze wystêp "Filharmonii im. Romualda Traugutta" z Warszawy. To by³o wspania³e wydarzenie, brawom i bisom nie by³o koñca. Katedra by³a szczelnie wype³niona wiernymi, jak na Mszach za Ojczyznê.

Proszê powiedzieæ, jak to wszystko mog³o siê dziaæ w tak smutnym czasie?

Ju¿ po miesi±cu trwania stanu wojennego duch narodu od¿y³. Struktury "Solidarno¶ci" zapêdzono w podziemia, ale duch solidarno¶ci umacnia³ siê w¶ród ludzi. Pamiêtamy, ¿e wtedy by³a wielka bieda. Trudno by³o z kartek ¿yæ godziwie, zw³aszcza w mie¶cie. I wtedy wie¶ przysz³a z pomoc± robotnikom, przysy³aj±c plony ziemi. Przy ko¶ciele ¶w. Marcina utworzyli¶my Fundacjê ¶w. Marcina. Pomaga³a ona nie tylko rodzinom artystów, ale wspó³pracowa³a z Arcybiskupim Komitetem Charytatywnym, który pomaga³ rodzinom osób internowanych. Mieli¶my du¿o kontaktów, tak¿e zagranicznych. Regularnie otrzymywali¶my chleb z "Mamuta", piekarni przy ul. Sienkiewicza. Stawa³em w drzwiach ¶w. Marcina i wydawa³em go potrzebuj±cym. Ró¿ne instytucje fundowa³y bony ¿ywno¶ciowe. W ramach Fundacji organizowali¶my dla osób bezdomnych Wigiliê Bo¿ego Narodzenia: w Domu Towarowym przy ul. ¦widnickiej, na Wzgórzu Partyzantów czy te¿ w Hotelu Wroc³aw. Pamiêtam, jak kto¶ podarowa³ na Wigiliê michê pierogów, tyle ¿e by³y zimne. Nie by³o gdzie ich zagotowaæ, powsta³ powa¿ny problem, Wigilia tu¿-tu¿, a na stole surowe pierogi. Z pomoc± przysz³a stra¿ po¿arna i po godzinie na sto³ach parowa³y smaczne gor±ce pierogi wigilijne. W³a¶ciwie na takich szalonych pomys³ach oparta by³a wtedy nasza charytatywna dzia³alno¶æ. Solidarno¶æ serc rodzi³a te niesamowite pomys³y z g³êbi dobroci i odpowiedzialno¶ci za innych. Pewnie kto¶ w przysz³o¶ci, oceniaj±c te czasy, bêdzie móg³ zauwa¿yæ, ¿e tak powstawa³o nasze spo³eczeñstwo obywatelskie.

Osobny rozdzia³ w ksiêdza biografii zapisa³o Radio Rodzina.

Tak, to by³o dla mnie co¶ zupe³nie nowego. Pomys³ radia zrodzi³ siê z potrzeby nawi±zania nowych kontaktów z lud¼mi. Radio daje mo¿liwo¶æ towarzyszenia s³uchaczom podczas pracy. Ono dociera tam, gdzie kaznodzieja nie dotrze. Uznali¶my Pod Czwórk±, ¿e warto spróbowaæ trafiæ do nich z muzyk± i s³owem odmiennym ni¿ to, które jest im przekazywane w innych mediach, z klimatem sprzyjaj±cym spokojnej refleksji. Tak± mieli¶my intuicjê. Trudno¶æ polega³a na tym, ¿e nikt z nas nie wiedzia³, jak robi siê radio. Ten pomys³ rozwa¿ali¶my przez rok. W tej intencji te¿ modlili¶my siê wspólnie. I uda³o siê. Pokonali¶my próg organizacyjny, zdobyli¶my pieni±dze. 16 pa¼dziernika 1993 roku, w 15-lecie pontyfikatu Ojca ¦wiêtego nadali¶my pierwsze audycje. Wtedy w Ko¶ciele trwa³ Rok Rodziny. Nazwê dla Radia podpowiedzia³ nam w³a¶ciwie sam Ojciec ¶w. Jan Pawe³ II. W swoim nauczaniu mocno podkre¶la³, ¿e przez rodzinê dokona siê odnowa ¶wiata. Radio skupi³o wokó³ siebie nowe ¶rodowisko: m³odzie¿ akademick±, gotow± po¶wiêciæ swój czas i zdolno¶ci dla innych. Bywa³o, ¿e w ci±gu miesi±ca przez studio przewija³o siê ponad 300 woluntariuszy studentów.

Ksiêdza wspomnienia pokazuj±, jak wiele ludzi znalaz³o siê w zasiêgu ksiêdza pracy duszpasterskiej, mo¿na powiedzieæ: w krêgu g³oszonego s³owa. Czy ta szczególna wiê¼ ze s³uchaczami przetrwa³a próbê czasu?

Rozlu¼ni³y siê wiêzy ze stanu wojennego, ale przetrwa³o du¿o znajomo¶ci i przyja¼ni z lud¼mi w ca³ej Polsce i na ¶wiecie, w¶ród emigracji we Francji, Australii, USA i Kanadzie. Dostawa³em mnóstwo listów, w których pisano o tym, ¿e kazania g³oszone przeze mnie by³y i s± potrzebne, ¿e trafiaj± nie tylko do pamiêci, ale tak¿e do serc i sumieñ. I to jest moja g³êboka rado¶æ. Do dzi¶ trwaj± kontakty z "Solidarno¶ci±" Politechniki Wroc³awskiej. Jestem zapraszany nie tylko na oficjalne uroczysto¶ci, ale tak¿e na odpoczynek, na wyjazdy rekreacyjne. Moje kazania w zwi±zku z dwudziestoleciem "Solidarno¶ci" zosta³y wydrukowane w biuletynie Politechniki. Nadal utrzymujê kontakt z duszpasterstwem studentów, artystów. Jestem od sze¶ciu lat proboszczem. Pozosta³a zawsze aktualna solidarno¶æ miêdzyludzka.

Rozmawia³a Jola Ostrowska Wroc³aw, 29 lipca 2004 r.




40-LECIE KAP£AÑSTWA

Wywiad z ks. Pra³atem Miros³awem Drzewieckim

W tym roku [2004] ks. Pra³at obchodzi 40-lecie swych ¶wiêceñ kap³añskich.

Rzeczywi¶cie! Wcze¶niej nie my¶la³em, ¿e mi tyle bêdzie dane. Dok³adnie 28 czerwca. Czas nie tylko p³ynie, ale  u p ³ y w a. Jest jak bystra rzeka, nie pozwala wej¶æ drugi raz do tej samej wody... Ale pamiêæ chwyta w cugle poszczególne chwile i pozwala na ciekawe wycieczki po by³ym ¿yciu.

W tej czterdziestce mia³em bardzo bogate i ciekawe periody: najpierw od 1964 roku by³y cztery lata pracy wikariuszowskiej w Kudowie Zdroju i u Matki Bo¿ej Czêstochowskiej we Wroc³awiu. Najpiêkniejsze by³y dwa pierwsze lata kap³añstwa w³a¶nie w Kudowie. To by³o „chodzenie w parze z Bogiem” po Ziemi i po Niebie. Na KUL-u studiowa³em przez 6 lat jednocze¶nie teologiê homiletyczn± i polonistykê. Jako 10-letni kap³an wróci³em do Wroc³awia „Pod 4-kê” pod skrzyd³a dobrego mistrza ks. Aleksandra Zienkiewicza, przez studentów nazwanego „Wujkiem”. Tam siê wprawia³em w duszpasterstwo i s³u¿y³em studentom przez 15 lat. Wspania³ymi kolegami w tej pracy byli wspó³pracownicy: ks. dr Adam Dyczkowski, dzisiejszy biskup zielonogórski oraz ks. Andrzej Dzie³ak, dzisiejszy pra³at i dzielny proboszcz u Bo¿ego Cia³a. Przez to duszpasterstwo przesz³o wielu m±drych i zaanga¿owanych w ¿ycie Ko¶cio³a m³odych ludzi. Kilka studentek zapuka³o do ró¿nych furt klasztornych rozsianych po ¶wiecie: cztery franciszkanki od ¶w. Ojca Maksymiliana Kolbego w Japonii, dwie ma³e siostry Jezusa pracuj±ce w slumsach ¶wiata, dwie karmelitanki w ciszy i rozmodleniu d¼wigaj±ce dobro ponad z³em w ¶wiecie. Z po¶ród studentów dziewiêciu przyjê³o ¶wiêcenia kap³añskie i obecnie pracuj± w Polsce i za granic±.

W tym samym czasie równocze¶nie pracowa³em w¶ród nauczycieli Dolnego ¦l±ska i przez wiele lat s³u¿y³em inteligencji wroc³awskiej jako kaznodzieja katedralny. Zbiera³em do¶wiadczenia, które w pe³ni zaowocowa³y w stanie wojennym.

No tak, ale stan wojenny, choæ nagle, przyszed³ jednak pó¼niej... Co ksi±dz zrobi³ z ca³ym skarbem wiedzy, któr± wyniós³ z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego? Nie poszed³ ksi±dz w dyby naukowe?

Ano nie. Bóg ustrzeg³... Po prostu poch³onê³o mnie duszpasterstwo na ró¿nych dzia³kach winnicy Pañskiej. A poza tym ¿yj±c na Ostrowie Tumskim mia³em porównanie kap³añstwa ks. Aleksandra Zienkiewicza i wielu ró¿nych doktorów i profesorów, specjalistów teologicznych. „Wujek” te¿ by³ teologiem, ale nie spuszcza³ oka z Cz³owieka!

Nie pracowa³ ksi±dz we wroc³awskim Wy¿szym Seminarium Duchownym?...

Pracowa³em, oczywi¶cie! Od powrotu ze studiów a¿ do roku 1998. Pokazywa³em i przybli¿a³em klerykom religijn± przestrzeñ literatury piêknej, przecie¿ tego nie wynie¶li z ¿adnego liceum czy technikum. Wprowadza³em w techniczne arkana mowy ludzkiej jako szczególnej sztuki oddychania daj±cego w efekcie mocny, w³a¶ciwy i piêkny d¼wiêk. Próbowa³em te¿ nauczyæ co¶ nieco¶ z tajemnic retoryki ko¶cielnej i praw kaznodziejstwa wspó³czesnego. Próbowa³em... Nie mogê tu nie wspomnieæ s³oñca  homiletyki wroc³awskiej w tamtych latach, ksiêdza profesora Juliana Michalca. Pamiêtam jego pierwsze rekolekcje dla studentów w katedrze, gdy miejsc nawet stoj±cych brakowa³o. Wcze¶niej takim wziêtym kaznodziej± katedralnym by³ ks. profesor Wies³aw Gawlik. To by³y piêkne czasy!...

Okres stanu wojennego by³ bardzo bogaty i pracoch³onny w ¿yciu ksiêdza...

Ale te¿ bardzo ciekawy. ¯ycie przynosi³o wiele niespodzianek prawie codziennie. A poza tym by³em wtedy m³odym i pe³nym ciekawo¶ci ludzi i ¶wiata cz³owiekiem. Bóg siê do mnie u¶miecha³, a nad g³ow± mia³em cudowny b³êkit Nieba.

W roku 1983 ks. kardyna³ Henryk Gulbinowicz skierowa³ mnie do pracy w¶ród artystów wroc³awskich (nie zwalniaj±c od studentów!). ¦rodowisko twórców rozbite i st³amszone przez w³adzê szuka³o ochrony w Ko¶ciele. I otrzyma³o! Zagnie¼dzili¶my siê w ko¶ciele ¶w. Marcina pod b³ogos³awi±c± rêk± (na pomniku) Jana XXIII, proboszcza ¶wiata. Pierwszym naszym wspólnym dzie³em, integruj±cym plastyków wroc³awskich i zwo³uj±cym artystów z ca³ej Polski, by³o ogólnokrajowe sympozjum i wystawa pod tytu³em „Droga i Prawda” dla uczczenia Jana Paw³a II odwiedzaj±cego Wroc³aw w 1983 roku. Wroc³awianie pamiêtaj± d³ugie kolejki przed ko¶cio³em ¶w. Krzy¿a ludzi pragn±cych zwiedziæ wystawê pokazuj±c± nastroje i koloryt czasu hañby na polskiej ziemi. Z tej ekspozycji wybrano piêkne dary dla Ojca ¶w. Tysi±ce ludzi obejrza³o prace trzystu artystów profesjonalnych i amatorów z ca³ej Polski. Na wernisa¿u przed ko¶cio³em ¶w. Krzy¿a ilu¿ tam by³o ubeków i szpiegów komunistycznych!!! Jedynie Pan Bóg to wie. Z cenzur± musia³em siê ciê¿ko mocowaæ! A jednak uda³o siê w czasie zdelegalizowania zwi±zku plastyków zorganizowaæ 70 wielkich i ma³ych wystaw promuj±cych artystów i daj±cych szanse zaistnienia m³odym absolwentom Akademii Sztuk Piêknych.

Naród by³ wtedy g³odny prawdziwej, wolnej kultury. ¦wiadczy³y o tym ró¿ne teatry domowe i wystêpy estradowe w ko¶cio³ach Wroc³awia i  Archidiecezji....

Tak, pamiêtam wyjazdy z grup± aktorów wroc³awskich pod nazw± „Nie samym teatrem...”. Odwiedzali¶my wtedy wsie i miasteczka, setki ludzi gromadzi³y siê w ¶wietlicach wiejskich czy w ko¶cio³ach. Przedstawienia poetycko-muzyczne nios³y wtedy ludziom g³êbok± tre¶æ i religijn±, i patriotyczn±. Mniej bawi³y, a wiêcej uczy³y. Przywo³ywa³y wielkich bohaterów narodowych, przez przypominanie dziejów ojczystych uczy³y wytrwania, wlewa³y nadziejê w serca. Karmi³y straw± duchow±. By³y ze wszech miar potrzebne i celowe.

Jednak wtedy ludzie nie tylko byli g³odni duchowo i z ochot± przyjmowali tre¶ci religijno-patriotyczne. Inny g³ód zagl±da³ do rodzin...

O, starsi dobrze to pamiêtaj±... To by³ czas wielkiej dos³ownej biedy. Wielu rodzinom brakowa³o chleba powszedniego. W ca³ym Wroc³awiu powstawa³y wtedy coraz to nowe punkty dokarmiania zup±. Wszystkie klasztory ¿eñskie otwiera³y swoje bramy dla biednych. Zagranica pospieszy³a tu szybko z pomoc±, rozdzielan± nastêpnie w parafiach. W³a¶nie wtedy z lud¼mi modl±cymi siê w ko¶ciele ¶w. Marcina za³o¿yli¶my „Fundacjê ¶w. Marcina” pomagaj±c± najbardziej potrzebuj±cym. Co uzbierali¶my, to rozdawali¶my biednym artystom, a chleba i zup w puszkach z Taizé nie odmawiali¶my nikomu. Wspó³pracowa³ wtedy z nami wielki chlebowy „Mamut”.  Zdobywali¶my i rozdawali¶my bony ¿ywno¶ciowe na obiady w barach i restauracjach. Kilkakrotnie organizowali¶my dla najbiedniejszych wieczerze wigilijne w samym dniu Wigilii Bo¿ego Narodzenia; tak by³o na Wzgórzu Partyzantów, w sto³ówce Domu Towarowego „Centrum” czy te¿ w Hotelu „Wroc³aw”, tam biedacy byli przyjmowani i¶cie po królewsku!

Nic ksi±dz nie wspomina o swoich kazaniach w stanie wojennym i o cenie, jak± przysz³o ksiêdzu p³aciæ za to ¿ywe, gor±ce s³owo Bo¿e...

Nie ja jeden mówi³em kazania poruszaj±ce aktualne tematy tamtego czasu... Wielu by³o odwa¿nych ksiê¿y w ca³ej naszej Archidiecezji, zreszt± podobnie i w ca³ej Polsce, szczególnie podczas specjalnie organizowanych i bardzo licznie frekwentowanych Mszy za Ojczyznê. Uczestniczyli w nich starzy i m³odzi, wierz±cy i niewierz±cy. We Wroc³awiu bardzo aktywne by³y ¶rodowiska akademickie i robotnicze. W pamiêæ siê wbi³y wroc³awianom „Wawrzyny” z ks. Stanis³awem Orzechowskim, dominikanie z o. Ludwikiem Wi¶niewskim, kapucyni na Sudeckiej z o. Adamem Bia³kiem czy te¿ jezuici na Al. Pracy z o. Adamem... Którego¶ dnia na spotkaniu duszpasterzy akademickich ks. kardyna³ Henryk Gulbinowicz powiedzia³ do nas: „Mówcie odwa¿nie i m±drze!”. Tak te¿ stara³em siê mówiæ podniesiony na duchu równie¿ przez Jana Paw³a II, który wys³ucha³ (z ta¶my przemyconej do Watykanu) kazania w  katedrze z 13 stycznia 1982 roku.

A jak± cenê ksi±dz zap³aci³ za te odwagê?...

Nie my¶la³em wtedy o cenie. Ale, oczywi¶cie, zap³aci³em przede wszystkim chorob± wrzodow± i nerwami. Moja Mama , gdy dowiedzia³a siê o moich perturbacjach zdrowotnych i szykanach ubeckich, powiedzia³a mi: „Mirek, nie mo¿esz nie mówiæ!”. Wroc³awskie ¶rodowisko lekarskie wie doskonale, w jaki sposób ratowano mnie od aresztowañ, rozpraw s±dowych i wyroków. Kilka miesiêcy przele¿a³em w ró¿nych szpitalach. Mia³em prowadzone dwie rozprawy (obroñc± by³ mecenas Rossa) i przygotowane dwa wyroki po trzy lata wiêzienia. Od obu uwolni³a mnie dwukrotna amnestia z okazji 22 lipca (i jak tu nie lubiæ czekolady Wedla!?). Pani wspomnia³a o odwadze. Odpowiem szczerze, ja ba³em siê okropnie, przed i po ka¿dym kazaniu. Za ka¿dym razem by³em wzywany na Podwale i godzinami przes³uchiwany w wielkim stresie. Nagrod± by³y odwiedziny i dobre s³owa wielu wroc³awian przychodz±cych do szpitala po Mszach ¶w. w katedrze. Czêsto przychodzili nieznajomi i przynosili kwiaty. To mi dodawa³o optymizmu. Odwagi uczy³em siê równie¿ od woluntariuszy z Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego pomagaj±cych rodzinom internowanych i przemycaj±cych grypsy z wiêzienia czy z „internatu”.

Co pozosta³o po tamtych czasach?

We mnie?... Poczucie spe³nionego obowi±zku. Przepraszam, to zabrzmia³o okropnie, ale takie mam prze¶wiadczenie. To by³ mój podwójny obowi±zek: religijny i patriotyczny. Pozosta³a te¿ wyra¼na rado¶æ, rodz±ca siê szczególnie wtedy, gdy w ró¿nych ko¶cio³ach Polski, tak¿e na Jasnej Górze, g³osi³em kazania. Czu³em, ¿e wrastam w Wielk± Narodow± Rzecz, jak± tworzy³o 10 milionów Polaków – Solidarno¶æ. Z rzeczy materialnych pozosta³y teksty kazañ przepisywane na kartkach i kr±¿±ce po kraju oraz ta¶my magnetofonowe z kazaniami pieczo³owicie przechowywane w rodzinach. Z tych ta¶m, które znalaz³y siê za granic±, powsta³ w Pary¿u pierwszy zbiór kazañ stanu wojennego wydany przez oficynê „Spotkania”. Dwa nastêpne rozszerzone zbiory wydano ju¿ w Polsce. We Wroc³awiu w „Wydawnictwie Dolno¶l±skim” i w Czêstochowie w wydawnictwie „Niedziela”. To ostatnie by³o przygotowane na 46 Miêdzynarodowy Kongres Eucharystyczny, który mia³ miejsce w naszym mie¶cie w 1997 roku. Jest jeszcze jedna maleñka pami±tka z tamtych czasów, niestety ju¿ nie do zdobycia, tomik wierszy „Rozmy¶lanie drzewa figowego”, który mi wyda³a Solidarno¶æ w Legnicy. Tomik kuriozalny, bo ca³y poorany ingerencjami cenzora wojewódzkiego.

By³ te¿ w ¿yciu ksiêdza „okres radiowy”...

Krótki, bo tylko 5 lat, ale za to bardzo intensywny w dzia³aniu. Zreszt± wtedy okresy zachodzi³y na siebie. Jeszcze pracowa³em z artystami, a ju¿ trzeba by³o organizowaæ radio. W latach 90-tych, po „okr±g³ym stole”, sytuacja spo³eczna i polityczna bardzo siê zmieni³a w Polsce. Czerwoni, którzy najpierw ze spuszczonymi g³owami wynie¶li swój sztandar ze sceny politycznej, po krótkim  czasie zaczêli siê wybielaæ na libera³ów. Nast±pi³o w oficjalnych publikatorach  niszczenie tradycyjnych warto¶ci chrze¶cijañskich i zmasowany atak medialny na Ko¶ció³.  Zaczêli¶my „Pod 4” my¶leæ o katolickim radiu. Najpierw przez ca³y 1992 rok spotykali¶my siê co miesi±c na modlitwie  i dyskutowali¶my o tym, jak siê stwarza radio. Dos³ownie: „stwarza”, bo z niczego! W tym czasie Jan Pawe³ II podkre¶la³ czêsto, ¿e ratunek ¶wiata jest w odnowieniu moralnym rodziny. Nazwê wiêc ju¿ znale¼li¶my! Trzeba by³o jeszcze szukaæ sponsorów... Pierwsza emisja Katolickiego Radia Rodzina we Wroc³awiu rozpoczê³a siê 16 pa¼dziernika 1993 roku o godz. 6 rano. Ile¿ wtedy by³o rado¶ci! Rado¶æ tê potêgowali studenci – wolontariusze, którzy swój wolny czas po¶wiêcali na pracê w naszej redakcji i przy „hebelkach”. Bywa³y takie miesi±ce, ¿e na li¶cie pracowników widnia³o 300 nazwisk.

W ubieg³ym roku nasze Radio ¶wiêtowa³o swoje pierwsze dziesiêciolecie. To by³a bardzo podnios³a uroczysto¶æ, ale nie zauwa¿ono tam osoby ks. Pra³ata.

Otrzyma³em, po interwencji pewnego ksiêdza z Kurii u dyrekcji Radia,  druk zaproszeniowy (z niedbale wpisanym moim imieniem i nazwiskiem) na dwa dni przed uroczysto¶ci±...

¯yczê Katolickiemu Radiu RODZINA wiele nastêpnych jeszcze piêkniejszych dziesiêcioleci. Uroczysto¶æ jubileuszowa by³a dobr± okazj±, aby podziêkowaæ setkom m³odych wroc³awian, wolontariuszom radiowym, dzi¶ ju¿ pracuj±cym i ¿yj±cym w swoich rodzinach, za ten wielki ¿ar i sta³o¶æ serca  przy tworzeniu jedynej wtedy katolickiej rozg³o¶ni na Dolnym ¦l±sku. Nie wolno by³o zapomnieæ o „Stowarzyszeniu Krzewienia Kultury Katolickiej”, którego cz³onkowie sponsorowali i budowali to radio dos³ownie w³asnymi rêkoma od fundamentów w przyziemiu pod schodami... Pierwsze 5 lat to okres ogromnego wysi³ku ludzi ¶wieckich ¿yj±cych i wyznaj±cych istotne warto¶ci chrze¶cijañskie. Ta pionierska praca przygotowa³a dalszy rozwój radia. Nale¿a³o o tym wyra¼nie powiedzieæ. Gdy siê czyta³o w katolickim tygodniku sprawozdanie z uroczysto¶ci jubileuszowej katolickiego Radia, nie sposób by³o nie pomy¶leæ o kuriozalnej tezie historycznej, wed³ug której dzieje Polski rozpoczê³y siê w 1944 roku. No có¿, „homo sovieticus” nie umar³.

Od grudnia 1998 roku jest ks. Pra³at proboszczem Parafii p.w. Matki Bo¿ej Czêstochowskiej obejmuj±cej osiedla Szczytniki, Zacisze i Zalesie na tzw. Wielkiej Wyspie we Wroc³awiu.

   Ju¿ szósty rok ci±gnê ten „proboszczowski wózek”. Ale by³em tu ju¿ wcze¶niej, przed trzydziestu laty, jako wikariusz u ks. dra Wilhelma Doro¿yñskiego, który wcze¶niej uczy³ mnie w Seminarium Duchownym nauki spo³ecznej Ko¶cio³a. W du¿ym stopniu te resentymenty wp³ynê³y pozytywnie na moj± decyzjê przyjêcia tego probostwa. A przyszed³em tu w sytuacji istotnej konieczno¶ci: parafia by³a osierocona przez ¶mieræ poprzednika,  ks. Henryka Piotrowskiego. W Kurii mówili: to wspania³a, inteligencka parafijka. We¼ j±, niewiele tam do roboty... Jak¿e siê mylili! Dzi¶ ¿aden z moich parafian, widz±cy co¶my zrobili z ko¶cio³em  przez piêæ lat, nie podzieli tej opinii. A przecie¿ to dopiero pierwszy etap rewaloryzacji i uzdatniania przestrzeni naszej ¶wi±tyni do potrzeb liturgicznych i spo³ecznych. Trzeba pamiêtaæ, ¿e od roku 1850 by³ to budynek nale¿±cy do kompleksu pa³acu my¶liwskiego i po stu latach zaadaptowany zosta³ do potrzeb religijnych. Po wojnie wszystko robi³o siê „tymczasowo”, bez w³a¶ciwej konserwacji. Po nastêpnym pó³wieczu w³a¶nie my stanêli¶my wobec gro¼by zawalenia siê dachu na ko¶ciele. Uratowali¶my budynek, postawili¶my now± wiê¼bê na wzmocnionych murach i pokryli¶my now± dachówk±. Obecnie w dalszym ci±gu zabezpieczamy i upiêkszamy ko¶ció³ wewn±trz i na zewn±trz. Odnowiona fasada zachodnia bardzo siê podoba wszystkim go¶ciom przeje¿d¿aj±cym  Alej± Kochanowskiego. Ko¶ció³ ogrodzili¶my solidnym parkanem, a teraz budujemy drogê procesyjn± wokó³ ¶wi±tyni. Na przysz³o¶æ mamy ju¿ plany i projekty rozbudowy ko¶cio³a, bo coraz w nim cia¶niej.

      Proszê jeszcze zdradziæ przynajmniej niektóre swoje plany, a nawet marzenia, zwi±zane z prac± duszpastersk±.

   ¯adnej zdrady nie bêdzie, bo moi parafianie znaj± moje plany i marzenia duszpasterskie i mog± wnioskowaæ z tego, co ju¿ wspólnie zrobili¶my. Przede wszystkim ca³e przyziemie plebanijne, zniszczone 1997 przez powód¼, zosta³o odremontowane i oddane do u¿ytku parafian m³odych i starszego pokolenia. Jest tam du¿a sala spotkañ wraz z kawiarenk±. Regularnie co niedzielê po Mszach ¶w.  mo¿na spotkaæ siê ze znajomymi, zje¶æ ciastko i wypiæ dobra kawê czy herbatê. Jest te¿ mniejsza sala z kominkiem dla ma³ych grup modlitewnych czy dyskusyjnych. Wszystko to istnieje zaledwie 4 lata i by³o robione z my¶l± o integracji spo³ecznej i pokoleniowej naszej parafii. M³odzie¿ nasz± próbuje wychowywaæ i przygotowuje do dojrza³ego ¿ycia ks. Zbigniew Sowiñski, katecheta w II Liceum Ogólnokszta³c±cym. Du¿± frekwencj± ¶redniego pokolenia cieszy siê „Droga do Emaus” – godzina biblijna – prowadzona przez ks. dra Ryszarda Zawadzkiego. M³odzie¿ akademicka gromadzi siê co niedzielê na Mszy ¶w. wieczornej o godz. 19:00. Za³o¿yli¶my Klub Z³otej Jesieni, w którym „Stowarzyszenie ¶w. Wincentego á Paulo” realizuje dla starszych parafian bogaty program kulturalny. Stowarzyszenie ma pieczê nad wszystkimi biednymi rodzinami w parafii. Ono te¿ organizuje „dni chorych” dla tych , co nie mog± przyj¶æ do ko¶cio³a. Powsta³ rodzimy chór parafialny zrzeszaj±cy m³odych i starszych ¶piewaków, za³o¿ony dwa lata temu przez pana Piotra Matuszewskiego. On tez opiekuje siê liturgiczn± schol± dzieciêc±. Istnieje od trzech lat w parafii „Rodzina rodzin” skupiaj±ca m³ode ma³¿eñstwa na wspólnej modlitwie i rozmowach na tematy ma³¿eñskie i rodzinne. „Rodzina rodzin” ambitnie organizuje dni skupienia dla ma³¿onków i rodziców z ca³ej Wielkiej Wyspy. Od piêciu lat dzia³a i modli siê w parafii „Odnowa w Duchu ¦wiêtym”, która przeprowadza co dwa lata Seminarium odnowy ¿ycia duchowego w¶ród parafian. Poza tym okazji do indywidualnego skupienia przed Panem Jezusem w Naj¶wiêtszym Sakramencie w ciszy nie brakuje w naszym ko¶ciele. Coraz wiêcej parafian w ró¿nym wieku korzysta z tych okazji. Najstarsz± formacj± ¿ycia duchowego w naszej parafii s± ko³a ró¿añcowe. Mamy piêæ Ró¿, które przetrwa³y pod rz±dami dwóch poprzednich proboszczów i teraz dalej siê modl± z godn± na¶ladowania wytrwa³o¶ci±.

Jakie jest moje obecnie najwiêksze marzenie duszpasterskie?.... Parafianie wiedza, bo wspólnie o to czêsto siê modlimy. Marzê o takim obudzeniu i odnowieniu religijnym parafii, by z jej rodzin zacz±³ Pan Jezus wybieraæ ch³opców do kap³añstwa, a dziewczêta do ¿ycia konsekrowanego. Dotychczas parafia mo¿e cieszyæ siê jednym powo³aniem kap³añskim. St±d pochodzi ks. Stanis³aw Karawan, wychowanek ¶. p. ksiêdza proboszcza Wilhelma Doro¿yñskiego.

Dziêkujê za rozmowê i proszê o przyjêcie od Redakcji i Czytelników „Nowego ¯ycia” najlepszych ¿yczeñ wielu jeszcze twórczych i owocnych lat kap³añstwa dla dobra Ko¶cio³a wroc³awskiego.

Rozmawia³a Katarzyna Wyzga